niedziela, 2 maja 2010

Jónsi "Go"


Każdy kto lubi Sigur Rós pewnie już sięgnął lub sięgnie po tę płytę i chyba nie potrzebuje do tego szczególnej namowy. Za to byłoby świetnie gdyby solowy debiut wokalisty Sigur Rós zainteresował tych, którym do tej pory było nie po drodze z dźwiękami Islandczyków.
Słuchając ostatniego albumu Sigur Rós czuło się zmiany, więc można było się spodziewać jak będzie wyglądała płyta Jónsiego - dwa słowa: radość i kolory.
Pierwsza na płycie "Go Do" to hymn na cześć życia, siły, którą nosimy w sobie i w którą zawsze powinniśmy wierzyć. Muzyka podnosi na duchu, a niezwykły głos Jónsiego sprawia, że słuchaczowi chce się żyć, nawet jeśli przed chwilą nie miał na to ochoty. Ten pozytywny nastrój utrzymuje się w rytmicznym "Animal Arithmetic", tak wesoło Jónsi nie brzmiał jeszcze nigdy.
Teksty są dość proste, co pewnie wynika również z tego, że tym razem Jónsi śpiewa po angielsku (jednak pare razy islandzki też usłyszycie). Ton tych piosenek jest trochę naiwny, w ten najpiękniejszy, dziecięcy sposób (którego często mi brakuje nie tylko w muzyce), co w żaden sposób nie wyklucza dojrzałości. Jónsi należy do tej wybranej grupy, która to rozumie.
Jednak "Go" to nie tylko eksplozja radości. Obok prawdziwego wulkanu szczęścia, pojawia się smutek i strach, jednak zawsze kryje się za nimi nadzieja.
Po pierwszych dwóch piosenkach słyszymy "Tornado", które mimo tytułu jest wyciszoną piosenką o samodestrukcji i o nadziei na to, że kiedyś będzie można po prostu być. Jednak już w "Boy Lilikoi" Jónsi wzywa do otrząśnięcia się, do tego, żeby dać sobie szansę i zacząć żyć: "Just say no more, use your eyes, the world goes and flutters by/Use your eyes, you'll know you are" i robi to na tle buzującej zupy dźwięków przygotowanej z gitar, fletów, bębnów.
Debiut Birgissona to płyta o zmaganiu się ze sobą, z tą naszą stroną, która nas niszczy i przede wszystkim o zwycięstwie, o tym, że można, że się da. Ten optymizm jest zaraźliwy. Z takim głosem i osobowością Jónsiemu ciężko jest chyba zrobić coś co nie przypadłoby mi do gustu, a raczej nie wpadło w ucho i nie zamieszkało w sercu.

Poznaj i pokochaj

sobota, 3 kwietnia 2010

Mika "The Boy Who Knew Too Much"


Mówiąc o Mice na pewno myślimy o dwóch piosenkach "Relax, Take It Easy", za którą nie przepadam i "Grace Kelly", którą z kolei bardzo lubię. Słuchając jego poprzedniej płyty, wydawało mi się, że Mika balansując na granicy kiczu jedną nogą ją przekroczył. Jak jest z drugą płytą? W drugiej płycie się zakochałam.
Mika lubi dużo i na bogato, więc i tym razem nie szczędzi nam kolorów. Na jednej płycie znalazło się miejsce dla rogów, skrzypiec, perkusji, pianina, keybordów, chórków, sióstr Miki, pięknego głosu Imogen Heap ("By The Time") i...Owena Palletta, świetnego skrzypka i niezwykle płodnego, utalentowanego artysty (odsyłam do mojej notatki o jego drugiej płycie).
Pierwsza piosenka na płycie i pierwszy singiel, który mnie zahipnotyzował i kazał zapoznać się z całą płytą to ultraprzebojowe "We Are Golden" opowiadające o dorastaniu, aż chce się śpiewać razem z Miką: "We are not what you think we are/We are golden, we are golden".
Mika tworzy zaraźliwe refreny, bardzo melodyjne utwory i chociaż często brzmią naprawdę wesoło nie zawsze takie są. "Blame It On The Girls" to piosenka o mężczyźnie, który ma urodę i pieniądze, wydaje się, że ma wszystko, jednak nie wychodzi mu w życiu, a on woli winić za to innych niż siebie. W "Rain" narrator opowiada o wieloletnim związku, który teraz się kończy. Wydaje się, że ten związek tak naprawdę pozwalał ukryć się narratorowi, nie był w nim sobą, a ta druga osoba nie chciała przyjąć go takiego jakim jest: "Thought you found the man you wanted/Until you turn him into something new".
Skromniejsza od poprzednich, ale chyba najbardziej ujmująca jest jedna z ostatnich na płycie "Pick Up Off The Floor" o dziewczynie porzuconej przez ukochanego mężczyznę, Mika przekonuje ją: "Put your heart back in your pocket,/Pick your love up off the floor".
Siłą tego albumu oprócz nieskrępowanej radości i swobody z jaką Mika tworzy tęczę dźwięków, które wielu wydadzą się zbyt kolorowe, jest piękny głos Miki. Mika ma ogromne możliwości wokalne i w pełni korzysta z nich na tej płycie. Nawet jeśli nie lubicie lub nie polubicie Miki, nie będziecie mogli powiedzieć nic złego o jego wokalu.

No a teraz zabierzcie się do słuchania "The Boy Who Knew Too Much" (fani Ariela Pinka albo przynajmniej Animal Collective/Grizzly Bear rozglądają się lękliwie po pokoju. Ukrywają się w kącie z laptopem na kolanach, słuchawkami na uszach i z dziką radością odtwarzają raz za razem "We Are Golden" :P ).

Poznaj i pokochaj

sobota, 13 marca 2010

These New Puritans "Hidden"


These New Puritans wydali drugą płytę, dają nam nią do zrozumienia, że mają duże ambicje, ale też ogromne możliwości.
"Hidden" to mocna płyta, zespół brzmi na niej jak zdyscyplinowana, dobrze naoliwiona maszyna. Nie spodziewajcie się miłych, delikatnych dźwięków, przyszykujcie się na atak ostro zarysowanego rytmu. Na "Hidden" prawie nie ma gitar, jest za to chór, orkiestra z Czech i japońskie bębny Taiko.
"Time Xone" wprowadza nas gładko i bezboleśnie w klimat płyty, "We Want War" skutecznie wyprowadza nas z tego bezpiecznego miejsca. Łamiący się głos Jacka Barnetta świetnie sprawdza się w mrocznych, na wpół skandowanych, piosenkach, a jego szepto-śpiew niepokoi.
"Attack Music" to bardzo adekwatny tytuł dla numeru pięć na płycie (mojego ulubionego). Mechaniczny rytm, hipnotyczne bębny, tłuczone szkło i dźwięk ostrzonego noża, a do tego chóralnie wyśpiewany refren. Chór usłyszymy na tej płycie często. Główną osią mistycznego "Orion" jest właśnie chór i powolne uderzenia w bęben.
Ta płyta to dzieło perfekcjonisty, każdy dźwięk wydaje się mieć idealnie dla siebie wykrojoną przestrzeń. Mimo różnorodności zastosowanych efektów, nie ma uczucia zbytniego przesycenia czy przytłoczenia, wręcz przeciwnie - czuje się przestrzeń, a piosenki unoszą się w zawiesinie tajemniczości i sprawiają, że mamy uczucie uczestniczenia w jakimś religijnym misterium (vide "Orion").
Mimo pojawiającej się orkiestry "Hidden" wypełnia zimna, surowa muzyka. Końcowe "5" trochę łagodzi klimat i rozgania chmury, ale tylko na tyle, żeby zrobiło się szaro, ale, żeby przypadkiem nie zrobiło nam się zbyt wesoło.


Poznaj i pokochaj

środa, 24 lutego 2010

The Crayon Fields "All the Pleasures of the World"


"All the Pleasures of the World" to słoneczna płyta, ale słoneczna jak wiosenny dzień, a nie jak gorące popołudnie latem. Płyta stworzona przez czterech młodych panów z Australii, którzy zasługują na trochę uwagi z waszej strony.
Album otwiera "Mirror Ball", która od razu wpada w ucho. Geoff O'Connor śpiewa o dziewczynie: "You are still my high mirror ball", przy której czuje się co najmniej niepewnie, jak: "a virgin in a dancehall". To kawałek świetnej popowej muzyki, której warto przyjrzeć się z bliska, nie jest to muzyka na "jeden raz", warto do niej wracać i raz za razem mocniej wtulać się w kojące dźwięki The Crayon Fields.
Nad całą płytą unosi się mgła romantyzmu, wystarczy posłuchać "Timeless", w której O'Connor ciepłym, chłopięcym głosem wyśpiewuje "You don't need to promise me anything". Na tle cymbałków i smyków brzmi to po prostu ujmująco.
Tytułowa "All the Pleasures of the World" zaczyna się dość spokojnie, żeby przyśpieszyć, zabrzmieć weselej i abyśmy mogli usłyszeć deklarację: "All the pleasures of the world/ You bring me so close to them all", panowie tak pięknie, sympatycznie śpiewają o miłości, że choćby tylko po to, żeby usłyszeć te słowa jeszcze raz, warto wracać do tej płyty. Oczywiście jest to tylko jeden z wielu dobrych powodów dla których warto to zrobić.
Przyjemne melodie rozgrzewają serce i poprawiają humor, słodkie, niewinne wokale świetnie wpisują się w ten klimat - ta muzyka ma wiele wdzięku.


Poznaj i pokochaj

sobota, 6 lutego 2010

Yeasayer "Odd Blood "


Trzech panów z Brooklynu oddało w nasze ręce, na początku tego roku, swój drugi album. Wcześniej uchylili rąbka tajemnicy ukazując światu "Ambling Alp". Można się tylko cieszyć, że zrobili to wcześniej inaczej przesłuchując ich płytę utknęłabym pewnie przy tej piosence (numer dwa na krążku). Kiedy usłyszałam ją po raz pierwszy byłam zachwycona, kiedy tylko Chris Keating, kończył śpiewać jeden z tych refrenów, które należy sobie wziąć do serca: "Stick up for yourself son/Never mind what anybody else done", odtwarzałam ją jeszcze raz. I jeszcze raz, a później raz jeszcze. W dodatku towarzyszący tej piosence klip awansował do grona moich ulubionych.
"Odd Blood" zaczyna się ociężałym "The Children" z przetworzonym, złowrogim wokalem, a później pojawiają się pierwsze dźwięki "Ambling Alp" i świat się rozmazuje w zawiesinie keyboardów, klaskania, bębnów, drobnych dźwięków i wręcz nieprzeciętnej przebojowości, którą reprezentuje choćby "Mondegreen" mówiący o uprawianiu miłości do samego rana. Ta piosenka jest na wpół szalona, a galopujący wokal Chrisa i te dziwne "kosmiczne" dźwięki na końcu nadają jej opętańczy sznyt. W "Rome" mamy ten sam sposób śpiewania, ta piosenka czy "O.N.E" (tutaj za główny wokal odpowiada uroczy gitarzysta Anand Wilder) powinny was zmusić do tańca, jeśli tego nie zrobią to nie wiem co innego może.
W "I Remember" głos Chrisa wybrzmiewa naprawdę pięknie, jego falset spaja tę piosenkę i to on tworzy jej uroczy klimat.
Mogłabym wymienić każdą piosenkę na tej płycie i napisać: "zwróćcie na nią uwagę", ale ta płyta jest jak jeden wielki fluorescencyjny wykrzyknik.
Ten, wręcz nieprawdopodobnie dobry, album ma hipnotyzującą moc szamański zaklęć. "You’re stuck in my mind/All the time" śpiewa Keating. Święta prawda, tak też będzie jeśli zapoznacie się z "Odd Blood" - słuchacie na własną odpowiedzialność.

p.s Chris: "Someone told me we sounded like Ace Of Bass mixed with Nickelback, and I was like, OK, go for it." Kocham takie podejście :)


Poznaj i pokochaj

poniedziałek, 18 stycznia 2010

Sesja czas radości

Jak zawsze zawieszam działalność mojego bloga na radosny czas sesji, żeby móc w pełni się nim rozkoszować.
W tym czasie, jeśli macie ochotę, możecie cofnąć się np. do pierwszego wpisu lub dowiedzieć się np. co kryje się pod etykietą "kolory".
Oczywiście po nasyceniu się niepowtarzalną atmosferą sesji powrócę do pisania bloga - dla siebie i tłumu wielbicieli :P

Pozdrawiam

p.s Mam coś dla Was, z kategorii " do przemyślenia ". Bardzo podoba mi się ten tekst i nie chodzi tu tylko o wymienionego w nim artystę, ale o przedstawienie problemu, który uważam za ważny.

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Mumford and Sons "Sigh No More"


Mumford and Sons to nie rodzinny kolektyw a czterech panów z Londynu związanych tym, że wyłonili się z cienia Laury Marling, której służyli swoim talentem przy odtwarzaniu jej muzyki na płytach i na żywo.
Bardzo dobrze, że do tego doszło, bo ich debiut to mocna, folkowa propozycja.
Zacznijmy od tego, że wszyscy panowie mają głos (dosłownie) w tym zespole. Na czele z ostrym, nadającym kształt piosenkom, wokalem Marcusa Mumforda tworzą miłą uchu harmonię wyrazistych męskich głosów. Tym lepiej brzmi to na tle banjo, akustycznych gitar, tamburynu, wiolonczeli...
Pierwsza piosenka "Sigh No More" świetnie wprowadza w nastrój albumu. Zaczyna się spokojnie, żeby przejść w szybką, napędzaną banjo melodię. Chwytliwe melodie to bardzo silna strona tego zespołu. Jednak nie delikatne i niegroźne, jak można by się spodziewać, a pełne energii i siły, a czasem, jak w już wcześniej ukazanym światu "Little Lion Man", agresywne.
Panowie umieścili ten utwór również na swoim debiucie i słusznie, bo ta piosenka jest po prostu znakomita, również w warstwie tekstowej: "but it was not your fault but mine/and it was your heart on the line/i really fucked it up this time, didn't I, my dear?". Głos Mumforda pozwala na mocne podkreślenie tych słów. Oczywiście mamy tu również te charakterystyczne harmonie wokalne. Gdyby nadawano za nie nagrody panowie bez wątpienia zostaliby ich laureatami.
Ta płyta to nie tylko dobra muzyka, ale także optymistyczna zapowiedź tego co panowie mogą stworzyć w przyszłości, jednak póki co polecam zająć się satysfakcjonującą teraźniejszością.



Poznaj i pokochaj