Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dojrzałość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dojrzałość. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 grudnia 2018

SYML "Hurt for Me" [EP]


SYML to solowy projekt Briana Fennella. Do tej pory Brian był członkiem popowej grupy Barcelona. Teraz stworzył nowy projekt, co ogromnie mnie cieszy, bo na Barcelonę pewnie nigdy bym nie trafiła, a nawet jakbym trafiła to raczej nie polubiłabym się z ich muzyką.
"Syml" po walijsku oznacza "prosty"; "nieskomplikowany" i, póki co, taka jest muzyka Fennella. Słowo jest walisjskie mimo, że muzyk pochodzi z Seattle. Korzenie Briana nie są amerykańskie - został adoptowany i dopiero jako dorosły mężczyzna dowiedział się, że jego rodzice pochodzili z Walii.
Trudno mi powiedzieć jak będzie wyglądał jego album, ale to co pokazał do tej pory jest poruszające, delikatne, czasem eteryczne, ze szczyptą elektroniki. Czysty głos Fennella pięknie wpasowuje się w melancholijne dźwięki. SYML to raczej smutna muzyka, ale to taki rodzaj smutku dzięki któremu doceniasz to piękno, które masz na codzień.
 Zakochałam się w dwóch piosenkach z jego pierwszej EP-ki "Hurt for Me". Pierwsza to, oczywiście, "Where's My Love". To dzięki tej piosenkce usłyszał o Fennellu świat. Została wykorzystana w serialu, ludzie zaczęli ją wyszukiwać w internecie i stało się - Brian mógł ruszyć w trasę po Europie i  zacząć planować wydanie albumu. Piosenka opowiada o tym jak czuje się ktoś kto traci kogoś najbliższego. Równie poruszająca jest "Fear of Water", która znów porusza temat utraty kogoś bliskiego. Na nowej EP-ce z 2018r. znów pojawiły się piękne piosenki, więc z niecierpliwością czekam na dalsze wzruszenia od Fennella.



Poznaj i pokochaj x2

piątek, 3 sierpnia 2018

Snow Patrol "Wilderness"

Snow Patrol istnieje od 1994 roku. To jeden z tych zespołów, który raczej nigdy nie będzie muzycznie innowacyjny czy nie zaskoczy mnie nagłą zmianą w swoim brzmieniu, ale nie ma w tym nic złego. Snow Patrol tworzy wpadające w ucho gitarowe piosenki i ma to, co zawsze doceniam najmocniej: emocje, które czuję, które nie pozostawiają mnie obojętną. Wierzę Gary'emu Lightbody, temu co słyszę w jego głosie.
"Wilderness" wyszło po siedmioletniej przerwie. Przerwa była niestety spowodowana problemami Gary'ego z alkoholem, depresją i problemami rodzinnymi. Tata Gary'ego choruje na demencję.
Mimo tego, ten album nie jest mroczny,  wokalista Snow Patrol widzi światło na końcu tunelu. Zresztą, jak sam twierdzi w wywiadach, gdyby się nie podniósł ta płyta by nie powstała. Uważam, że to świetnie, że Gary ma siłę opowiadać o swoich problemach i mówić o tym, że pomogła mu terapia. Nadal zdrowie psychiczne jest tabu, szczególnie u mężczyzn. Depresja może dotknąć każdego, nie ważne ile ma się pieniędzy i sukcesów na końcie. Mówienie o tym publicznie łamie tabu, ale też pokazuje: może być lepiej.
Jedna z najpiękniejszych piosenek na płycie opowiada o strachu przed samotnością, przed tym, że być może wyczerpaliśmy swoje szanse na miłość. "What If This Is All The Love You Ever Get?" ma w sobie wszystko za co kocham Snow Patrol. Głos Gary'ego tylko na tle pianina porusza, zasmuca, myslę, że ma siłę skruszyć najtwardsze serca.
Swoim tematem porusza "Soon", to bardzo osobista piosenka o tym jak Gary próbuje się pogodzić z chorobą swojego taty, która wymarze wszystkie jego wspomnienia, także  te, które wiążą się z Garym. Ta piosenka to deklaracja bezwarunkowej miłości do swojego rodzica, który powoli staje się bezradny.
W "Life On Earth" Gary śpiewa: "It shouldn't need to be so fucking hard/This is life on earth, it's just life on earth", a ja myslę: kto z nas tak kiedyś nie czuł? Życie czasem nas przytłacza i problemy zdają się nas przerastać, ale mimo tego, walczymy dalej.

Muzyka jest dla Gary'ego formą terapii: "So it's music as therapy, even though it may have seemed lighter that I was" (wywiad). Dla mnie muzyka też bywa terapią, a "Wilderness" może być jej częścią. Porusza, ale też pociesza.

Poznaj i pokochaj


piątek, 29 grudnia 2017

Sivu "Sweet Sweet Silent"

O Sivu pisałam już w związku z jego świetnum debiutem. Teraz mam przed sobą jego płytę z 2017r. Wiąże się z nią wiele emocji, najpierw pomówmy o tych z których została ulepiona.
Sivu przeniósł się ze znanego wydawnictwa do niewielkiego Square Leg należącego do Charliego Andrew (produkował płyty m.in Alt-J i Nicka Mulveya). W "Sweet Sweet Silent" bardzo podoba mi się produkcja Andrew. Surowa, oparta na wystąpieniach na żywo, na emocjach, a nie oszlifowana do wyjałowienia. Taką lubię najbardziej, bo jest bardzo autentyczna. Bardzo pasuje do nowego albumu Sivu, który jest szczery, boli, smuci, uwiera.
James cierpi na chorobę Meniere'a. To choroba ucha wewnętrznego powodująca cieżkie zawroty głowy, szum uszny i postępujący niedosłuch. Taka choroba dla każdego z nas byłaby ciosem. Myślę, że łatwo sobie wyobrazić jaką tragedią musi być dla muzyka: "The scariest thing for me if I was to turn deaf would be not being able to play music anymore. Music is all I've ever wanted to do and is all I've ever done, so the prospect of losing all of that is unbearable" (wywiad z Sivu o chorobie Menier'a). Jeśli kochamy czyjąś muzykę to ta osoba staje się dla nas w jakiś sposób bliska, więc tym bardziej było mi przykro, kiedy Sivu powiadomił fanów o swojej diagnozie.
Tytułowa "Sweet Sweet Silent" mówi o pogodzeniu się z trudną diagnozą. "You can do whatever you want" - wyśpiewuje odważnie James, który stara się przygotować na różne scenariusze. Jego głos wydobywa się spod pięknie brzmiących smyczków jak spod wody, co odnosi się do odbierania dźwięków przy chorobie Menier'a.
Najważniejszy na płycie jest kruchy, chwytający za serce głos Jamesa. Idealnie dobrana jest do niego muzyka: oszczędna i wymagająca skupienia, pięknie zaaranżowana jak np. w "My Moon River". W równie pięknej "Childhood House" Sivu opowiada o tym jak bezpieczny czas dzieciństwa zderza się z dorastaniem, z życiem poza tą bezpieczną bańką. Słuchając tej piosenki czuję ją w każdym nerwie. Niesamowita rzecz.

Ta płyta jest stworzona przez osobę wrażliwą dla takich samych słuchaczy. Przejmująca muzyka. Przygotujcie się na wiele wzruszeń podczas słuchania.

Poznaj i pokochaj 

czwartek, 23 lipca 2015

Villagers "Darling Arithmetic"

Pod pseudonimem Villagers ukrywa się (chociaż może to dość niefortunne stwierdzenie, ale o tym później) Conor O'Brien, który jest wspomagany (chociaż nie zawsze) przez różnych muzyków. Conor jest sterem, żeglarzem i okrętem tego zespołu. Dobitnie pokazał to na tej płycie, którą zmiksował, wyprodukował, nagrał, na której zagrał na każdym z instrumentów i oczywiście na którą napisał wszystkie teksty, które później pięknie zaśpiewał. Wszystko to zrobił nie w jakimś studiu na drugim końcu świata, ale we własnym domu. Czy ta płyta może być jeszcze bardziej jego?
Conor ma na koncie jeszcze dwie płyty, każda była nowminowana do Mercury Prize. Wydawać by się mogło, że to spora presja, tymczasem Conor nie wynajął najlepszych z najlepszych, ale sam zajął się "Darling Arithmetic" i poruszył na niej bardzo osobiste tematy.
Conor bardo zaangażował się w tegoroczną kampanię przekonujacą do głosowania na "tak" w referendum w sprawie legalizacji małżeństw jednopłciowych. Temat miłości, zmagania się z nieprzychylnym otoczeniem i nabierania odwagi, żeby być sobą nie pojawiał się w wywiadach z Conorem tylko w kontekście referendum, ale również w kontekście jego nowej płyty.
Album otwiera "Courage" w którym O'Brien mówi o swoich zmaganiach z otwartym mówieniem o sobie, to bardzo poetycka piosenka. Nie na darmo dostał nagrodę (Ivor Novello) za tekst piosenki "Becomin A Jackal" z pierwszej płyty.
"Darling Arithmetic" jest uniwersalną płytą o miłości, zachwyca "Everything I Am Is Yours" z pianinem w tle, w której Conor podkreśla, że wszystko co dobre i to co szare, ukryte oddaje osobie którą kocha. Bardzo wzruszające wyznanie i taki sam moment na płycie.
Płyta jest spokojna muzycznie i nieskomplikowana, nie znajdziemy tu szaleństw z instrumentami, ale bogata w warstwie tekstowej i emocjonalnej. Czysty, łagodny głos Conora uspokaja, a kiedy trzeba porusza i każe pochylić się nad jedną z mądrzejszych rzeczy, które ostatnio usłyszałam - w "Courage" śpiewa: "courage, the sweet belief of knowing nothing comes for free". Na początku wydaje się to trochę straszne, ale później czuć, że właśnie w tym tkwi siła. Na niektóre rzeczy trzeba mocno pracować, za inne możemy słono zapłacić, jednak poczucie, że jesteśmy sobą jest tego warte. Przynajmniej tak twierdzi Conor, a ja muszę się z nim zgodzić. Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo.

Poznaj i pokochaj

środa, 18 lutego 2015

Nick Mulvey "First Mind"

To pierwszy solowy album Nicka Mulveya, ale ten pan nie jest nowy na scenie muzycznej. Razem z Portico Quartet był nominowany w 2008r. do Mercury Music Prize, za ich jazzowy, debiutancki album. Nick grał na nietypowym instrumencie - hang drum.
Jednak Nick znudził się nim, znudził się zespołem, czuł, że chce zatrzymać przy sobie słuchacza, być bliżej, a tego nie dawała mu muzyka tworzona w zespole. Dzięki tej decyzji możemy słuchać "First Mind". Ten album potwierdza, że decyzja Nicka była najlepszą z możliwych, zresztą jak sam powiedział w wywiadzie dla independent.co.uk: "I'm much happier." No i wszyscy są zadowoleni - ja na pewno :)
Nick postawił na tej płycie na akustyczną gitarę i na swój głos. Gra lekko, tworząc delikatne krajobrazy dla swoich piosenek. Pewnie na styl jego gry miały wpływ studia na etnomuzykologii. Wydaje się, że Nick dość poważnie traktuje techniczne przygotowanie do gry na gitarze.
Gitara to nie jest dodatek, jest bardzo ważną częścią tego albumu, ciężko sobie wyobrazić inny styl gry, który tak pięknie brzmiałby z ciepłym głosem Nicka nucącym melodie, między słowami piosenek.
Nie da się docenić tej pięknej płyty składającej się z precyzyjnej wyplatanki subtelnych dźwięków w 3 min wciśnięte między jednym hitem a drugim, trzeba się skupić, odkryć te dźwięki dla siebie wsłuchując się uważnie w kolejne piosenki. Nie chcę przez to powiedzieć, że np.po mieniącej się "April", trzeba wysłuchać "Juramidam", która zmusza swoim rytmem do ruszenia się z miejsca, bo piosenki oddzielnie tracą jakiś punkt odniesienia. Po prostu po raz pierwszy dobrze jest wysłuchać całego albumu, żeby poczuć jakie ciekawe i zróżnicowane mogą być dźwięki gitary Nicka.
Jakoś tak bezpiecznie czuję się słuchając tej płyty. Wyobrażam sobie jeszcze wiosenne, ale już ciepłe, słoneczne, ciche poranki, najlepiej gdzieś na zielonej łące, na otwartej przestrzeni. Jeśli nie znajdę w danej chwili takiego miejsca, to jestem pewna, że kiedy zamknę oczy ta płyta pomoże przenieść mi się w jakiś relaksujący zakątek w wyobraźni.

czwartek, 26 grudnia 2013

Woodkid "The Golden Age"

Tą płytą postanowiłam zakończyć mój blogowy rok 2013. Yoann Lemoine, Francuz ukrywający się pod pseudonimem Woodkid, urzekł mnie swoim debiutem - muzyką, głosem, klipami i genialnym koncertem 7 grudnia w warszawskiej Arenie Ursynów.
Bardzo podoba mi się to, że Lemoine dba o to, żeby jego muzyka miała odpowiednią oprawę; czarno-białe klipy ze znakiem kluczy, które Yoann ma wytatułowane na rękach, to, że na scenie bębniarze stoją bez ruchu do chwili w której zaczynają wybijać rytm, takie drobne rzeczy sprawiają mi dużą przyjemność. Nic dziwnego, że dla Woodkida klimat płyty rozciąga się na wizualizacje, Yoann jest reżyserem klipów dla np. Lany Del Rey, Katy Perry, Rihanny. Jak powiedział w wywiadzie dla nbhap.com : I can’t see visuals not being linked to sound and sound not being linked to visuals. It has to come together.
To, że Yoann robi klipy dla wielkich z popowego świata, nie oznacza, że jego muzyka leży w tej samej muzycznej galaktyce.
"The Golden Age" jest pełna siły, klimat jest bardzo podniosły, kojarzy się raz z marszem wojska, raz z kościelnymi organami;  to niezwykle udany mariaż poetyckich, czasem wzruszających tekstów z mocno zarysowanym rytmem i muzyką, która karze ci podnieść się i walczyć. Płyta odnosi się do złotego wieku Woodkida, czyli dzieciństwa, a właściwie do opuszczenia tego czasu i wejścia w życie, co najlepiej słychać w "Run Boy Run".
Pierwszą piosenką, która mnie zachwyciła było chwytające za serce "I Love You". Tytuł nie pozostawia wiele do domysłu. Piosenka opowiada o straconej miłości, o tym, że jedna osoba jeszcze kocha, a druga już jej nie dostrzega. Piosence towarzyszy piękny klip z  występującym w nim modelem Matveyem Lykovem.
Równie wzruszająca jest "Where I Live". To już zupełnie inny utwór, nadal smutny, ale już zdecydowanie bardziej cichy. Opowiada o osobie, która żałuje tego jak wyglądało jej życie - było uczciwe, decyzje były podejmowane rozważnie, mimo tego nie było w nim szczęścia, podążenia za potrzebą serca.
Płyta jest bardzo spójna pod względem tematu i muzyki, jednak nie jest monotonna. Chwile wzniosłe podbite orkiestrą, w których czujemy się częścią wielkiej, pasjonującej historii przeplatają się z refleksyjnymi, spokojnymi momentami. Nad wszystkim pięknie wybrzmiewa głęboki głos Woodkida.
Jedno z bardziej intrygujących wydawnictw w kończącym się 2013 roku.


 Poznaj i pokochaj

niedziela, 3 listopada 2013

Editors "The Weight of Your Love"

Nowa płyta Editors to jak zawsze zmiany w muzyce, jednak tym razem to też zmiany w składzie. Z zespołu odszedł Chris Urbanowicz. Oczywiście na początku oficjalnym powodem takiej zmiany były różnice w postrzeganiu muzycznej przyszłości zespołu, ale jak przewinęło się później tu i ówdzie panowie po prostu przestali się dogadywać. Na jego miejsce weszło dwóch panów Justin Lockey i Elliott Williams. Jest to zmiana niemała, ponieważ Chris nie tylko należał do zespołu od początku jego istnienia, ale dźwięk jego gitary czy syntezatorów miał duży wpływ na brzmienie zespołu.
Panowie, po trzeciej płycie, na której syntezatory odgrywały główną rolę, znowu dali szansę gitarom. Jest to zdecydowanie bardziej rockowa płyta. Znalazło się też sporo miejsca dla smyczków.
"The Weight of Your Love" zaczyna "The Weight". Mocna i mroczna. Tom swoim głębokim głosem obiecuje: "I wouldn't sing about death", którą to obietnicę oczywiście łamie tą piosenką. Jednak głównym tematem płyty jest miłość. Po Editors nie możemy spodziewać się słodkich utworów o tym uczuciu, które napędza pewnie 3/4 twórczości na świecie. Miłość na tej płycie jest uczuciem trudnym, wiąże się z rozstaniami, bólem, ciężarem, który nas przytłacza, ale też, jak w przebojowej "A Ton of Love", z pożądaniem.
Piosenka za piosenką Editors nie schodzą poniżej wysoko ustawionej poprzeczki, każda z piosenek jest warta zapamiętania i chyba żadna z nich nie nastręczy trudności w tym temacie.
Tom na tej płycie pozwala nam poznać trochę inną stronę swojego głosu, wysoko, z bardzo dobrym efektem śpiewa m.in w "What Is This Thing Called Love". Jest to bardzo bezpośrednie i wzruszające wyznanie o końcu uczucia.
Ciekawą zmianą w zespole, która zaszła w raz z pojawieniem się dwóch nowych członków, jest pojawienie się nowego wokalu, który zdecydowanie nie jest na pierwszym miejscu, ale jest tłem lub jest obok głosu Toma. Jednak jest to duża nowość, do tej pory Tom rządził niepodzielnie na tym stanowisku. Autorem tej zmiany jest Elliott Williams, jestem jak najbardziej za, wokal Williamsa współgra z głosem Toma i jest po prostu ciekawy.

Każda płyta Editors jest inna, tak samo jest z tą. Ten zespół mnie nigdy nie zawiódł, każde ich wcielenie było dla mnie udane, nawet to bardziej elektroniczne. Muzyka zmienia się tak jak zmieniają się ludzie, którzy ją tworzą. Dla mnie każda zmiana w brzmieniu Editors jest tak samo satysfakcjonująca. "The Weight of Your Love" to świetna płyta z piosenkami stworzonymi do koncertowych szaleństw, jak "Formaldehyde" i z tymi skromniejszymi, jak piękna "Nothing". "The Weight of Your Love" będzie ładnie wyglądało na mojej półce i to nie tylko dzięki przyciągającej wzrok oprawie graficznej.


Poznaj i pokochaj

niedziela, 18 sierpnia 2013

Bell X1 "Chop Chop"

Na Bell X1 natknęłam się przypadkiem, piosenka "Careful What You Wish For" kazała mi się zatrzymać przy tym albumie, a właściwie usiąść i odtwarzać ją raz za razem. Bell X1 wyłonił się z zespołu Juniper, którego częścią był Damien Rice. Perkusista Paul Noonan po odejściu Damiena chwycił za mikrofon. I bardzo dobrze, bo szkoda by było gdyby taki przyjemny głos nie został usłyszany.
Muzyka na "Chop Chop" jest jasna, przejrzysta, zaletą produkcji jest też to, że dźwięki są bliskie akustycznemu graniu w małym klubie, tekst i głos nie zostały przytłoczone przez muzykę.
Zacznijmy od piosenki, która mnie uwiodła, czyli wspomnianej wcześniej "Careful What You Wish For". To prosty utwór, z pianinem w tle i z subtelnym głosem Noonana wyśpiewującym kolejne linijki tekstu: "Careful what you wish for/These bulbs are the fluorescent kind/and no-one looks good in this light/The crack is wide enough already." Ta piosenka jest po prostu piękna. Lubię takie dźwięki, takie emocje.
W głowie zostaje budząca słuchacza "Motorcades", w której Noonan śpiewa coś z czym trudno się nie zgodzić: "She cries at motorcades, she cries/Now before you start/I'm not making fun/People cry at the/Strangest things". Już w czasie drugiego przesłuchania będziecie nucić refren razem z wokalistą.
"Chop Chop" kończy odpowiednia na tę okazję "The End Is Nigh", która, jak wskazuje tytuł, opowiada o końcu właśnie. Noonan na tle mocnej perkusji  wspomina życie i pyta czyich ramion będzie szukał w ostatniej chwili.
Cała płyta jest ciepła, delikatna, poszarpana gdzieniegdzie ostrzejszym dźwiękiem. Po jej przesłuchaniu czuję się spokojna, ale też naładowana jakąś dobrą energią. Najchętniej włączyłabym "Chop Chop" jeszcze raz, położyła się na podłodze w plamie słońca i zamknęła oczy wchłaniając dźwięki lub przyłączyła się do śpiewu Noonana mimo, że zapowiada nadchodzący koniec.

Poznaj i pokochaj

sobota, 15 września 2012

We Are Augustines "Rise Ye Sunken Ships"


We Are Augustines to jeden z tych zespołów, których poczynania mam przyjemność śledzić od początku ich działalności, dzięki czemu dane mi jest cieszyć się z ich każdego sukcesu tak jakby dotyczył kogoś mi bliskiego.
Po rozpadzie zespołu Pela Billy McCarthy i Eric Sanderson (perkusista Rob Allen dołączył do zespołu później) założyli Augustines, który później przemianowali na We Are Augustines. Pierwszą piosenką, którą panowie chcieli pokazać światu była "Book of James", poruszająca bardzo smutny temat; dotykająca bardzo intymnych spraw z życia McCarthy'ego.
Cała płyta jest taka, McCarthy przelał w te piosenki swój strach , bezradność i ból, to płyta o zmaganiu się z życiem. Wspomniana "Book of James" opowiada o bracie McCarthy'ego, który przez większość swojego niedługiego życia zmagał się z uzależnienie od narkotyków, bezdomnością, a przede wszystkim ze źródłem swoich problemów, czyli schizofrenią. James powiesił się podczas pobytu w szpitalu psychiatrycznym w momencie kiedy zespół brata - Pela właśnie się rozpadał. Bracia (i siostra) nie znali swojego ojca, a dzieciństwo spędzili w zakładzie opiekuńczym, ponieważ ich matka z powodu schizofrenii nie była w stanie się nimi zaopiekować. McCarthy miał 19 lat, kiedy jego matka przedawkowała leki przeciwbólowe i  kokainę. Sanderson ma równie niewesołą historię rodzinną wypełnioną uzależnieniami i chorobami psychicznymi.
Historia obu panów jest przytłaczająca, jednak nie bójcie się wziąć ich płyty do ręki.Album jest pełen siły z którą człowiek czepia się życia. To ogromna dawka problemów jak na jedna płytę, ale jak już raz poczuje się moc tej płyty to nie można odłożyć jej spokojnie na półkę.
Równie mocna, jak słowa piosenek, jest muzyka panów i głos McCarthy'ego. Muzyka jest "przybrudzona", pełna siły, czasem podniosła. Głęboki głos wokalisty łamie się, jakby pod ciężarem słów, które wyśpiewuje. Pierwsze co mi przyszło na myśl kiedy usłyszałam jego głos to kawałek nieociosanego drewna, który jest pełen drzazg.Kocham moment kiedy w, pierwszej na płycie, piosence o utraconej miłości ("Chapel Song"), McCarthy śpiewa tym pełnym rozpaczy głosem: "And I shake shake shake like a leaf/And I'm lyin' lyin' lyin' through my teeth/I got a pocket full of handshakes/And it don’t mean nothin’".
Ta płyta jest na pewno jakąś formą terapii dla jej twórców, ich szczerość onieśmiela."Rise Ye Sunken Ships" porusza i daje do myślenia jak bardzo silny, mimo wszystkich siniaków jakich dostarcza mu życie, może być człowiek.

Poznaj i pokochaj

niedziela, 18 marca 2012

Noah and the Whale "Last Night on Earth"


O tej płycie nie mogłabym nie napisać. Towarzyszyła mi ona w czasach ciemnoburych chmur za oknem, nagich drzew i śmieci, które po stopnieniu śniegu odważnie wychynęły na przytłumione światło dzienne i wylegują się teraz na zgniłych liściach i zmaltretowanej trawie.
"Last Night on Earth" jest trochę melancholijna, ale przede wszystkim kiełkuje z niej nadzieja na inną, lepszą przyszłość. "Będzie dobrze!" mówią mi te piosenki, czemu mam im nie wierzyć, szczególnie jeśli wyśpiewuje je taki elegancki wokal (yhm, tak, elegancki).
Warto wspomnieć w jakim czasie Charlie Fink wraz ze swoimi kolegami tworzył te utwory. Na drugiej płycie Charlie godził się z rozstaniem z Laurą Marling, na tej płycie Charlie wydaje się nie tylko pogodzony z losem, ale pełen nadziei na lepsze jutro.
Na "Last Night on Earth" panowie oddalili się od swoich folkujących korzeni, teraz są bardziej popowi, a piosenki rozwijają się w małe historie. Charlie po raz pierwszy pisze w trzeciej osobie, jednak nie da się nie zauważyć, że jego emocje grają tu dużą rolę. L.I.F.E.G.O.E.S.O.N ma zaraźliwy refren i już po jednym przesłuchaniu gra w głowie, zresztą na całej płycie nie brakuje dobrych refrenów i chwytliwych melodii.
Jednak album nie jest wesołą laurką dla życia, owszem jest tu wiara w lepsze życie, ale do pełni szczęścia trochę brakuje. Są też bardziej ponure momenty jak w powolnej "Wild Thing", pięknie rozwija się "Old Joy" z rysą gospel, świetne zakończenie dobrej płyty.
Dobrym podsumowaniem dla atmosfery "Last Night on Earth" jest "Waiting for My Chance to Come" smutne życzenie o to, żeby doczekać się swojej szansy na szczęście. Miejmy nadzieję, że Charlie i my wszyscy doczekamy się takiej szansy.

Poznaj i pokochaj

poniedziałek, 2 maja 2011

Charlie Winston "Hobo"

Charlie Winston pochodzi z Wielkiej Brytanii, obecnie mieszka we Francji i jak do tej pory to tam odniósł największy sukces. Szkoda, że w swoim kraju nie jest taki popularny, tym bardziej, że wydaje się iż ma wszystko za co można pokochać artystę: głos, charyzmę, rytmiczne piosenki, talent do pisania mądrych, czasem żartobliwych tekstów i no tak, ma nawet odpowiednią prezencję.
Album (wydany w 2009r.) zaczyna świetna "In Your Hands" opowiadająca o frustracji związanej z brakiem pieniędzy, myślę, że tekst trafi do serca wielu osób, które musiały złożyć swoje życie w ręce innych. Następna "Like A Hobo" ("hobo" - włóczęga) stała się sporym przebojem we Francji i nic dziwnego, to wpadający w ucho hym o niezależności i wolność: "Like a hobo from a broken home/Nothing's gonna stop me". Ta piosenka daje siłę i dużo radości.
Charlie potrafi skromnym instrumentarium, jak w "Calling Me", zbudować ciekawą piosenkę, gdzie najważniejsza obok jasnego, tym razem delikatnie brzmiącego głosu Winstona, jest gitara i harmonijka. Oba instrumenty dostały sporo miejsca na płycie.
Bardzo interesująco wypada rytmiczny "Kick the Bucket", podoba mi się dystans i poczucie humoru Charliego, piosenka o tym, że wszyscy umrzemy okazuje się okazją do celebrowania życia. Ponadto Charlie to dobry obserwator, w "Generation Spent" opisuje to jak postrzega to co się dzieje z ludźmi: "Looking out at the emptiness of faces(...)Everybody is someone else's opinion".
Charlie opowiada o tym co ma w głowie i w sercu, robi to z dużym wdziękiem i w sposób, który pozwala odróżnić mu się na tle innych artystów, niebagatelną rolę odgrywa tu jego silny, męski głos, w którym bez problemu można się zakochać.
Siła "Hobo" tkwi w...talencie autora tej płyty, warto czekać na jego kolejne albumy, które, miejmy nadzieję, potwierdzą, że się nie mylę.


niedziela, 2 maja 2010

Jónsi "Go"


Każdy kto lubi Sigur Rós pewnie już sięgnął lub sięgnie po tę płytę i chyba nie potrzebuje do tego szczególnej namowy. Za to byłoby świetnie gdyby solowy debiut wokalisty Sigur Rós zainteresował tych, którym do tej pory było nie po drodze z dźwiękami Islandczyków.
Słuchając ostatniego albumu Sigur Rós czuło się zmiany, więc można było się spodziewać jak będzie wyglądała płyta Jónsiego - dwa słowa: radość i kolory.
Pierwsza na płycie "Go Do" to hymn na cześć życia, siły, którą nosimy w sobie i w którą zawsze powinniśmy wierzyć. Muzyka podnosi na duchu, a niezwykły głos Jónsiego sprawia, że słuchaczowi chce się żyć, nawet jeśli przed chwilą nie miał na to ochoty. Ten pozytywny nastrój utrzymuje się w rytmicznym "Animal Arithmetic", tak wesoło Jónsi nie brzmiał jeszcze nigdy.
Teksty są dość proste, co pewnie wynika również z tego, że tym razem Jónsi śpiewa po angielsku (jednak pare razy islandzki też usłyszycie). Ton tych piosenek jest trochę naiwny, w ten najpiękniejszy, dziecięcy sposób (którego często mi brakuje nie tylko w muzyce), co w żaden sposób nie wyklucza dojrzałości. Jónsi należy do tej wybranej grupy, która to rozumie.
Jednak "Go" to nie tylko eksplozja radości. Obok prawdziwego wulkanu szczęścia, pojawia się smutek i strach, jednak zawsze kryje się za nimi nadzieja.
Po pierwszych dwóch piosenkach słyszymy "Tornado", które mimo tytułu jest wyciszoną piosenką o samodestrukcji i o nadziei na to, że kiedyś będzie można po prostu być. Jednak już w "Boy Lilikoi" Jónsi wzywa do otrząśnięcia się, do tego, żeby dać sobie szansę i zacząć żyć: "Just say no more, use your eyes, the world goes and flutters by/Use your eyes, you'll know you are" i robi to na tle buzującej zupy dźwięków przygotowanej z gitar, fletów, bębnów.
Debiut Birgissona to płyta o zmaganiu się ze sobą, z tą naszą stroną, która nas niszczy i przede wszystkim o zwycięstwie, o tym, że można, że się da. Ten optymizm jest zaraźliwy. Z takim głosem i osobowością Jónsiemu ciężko jest chyba zrobić coś co nie przypadłoby mi do gustu, a raczej nie wpadło w ucho i nie zamieszkało w sercu.

Poznaj i pokochaj

sobota, 13 marca 2010

These New Puritans "Hidden"


These New Puritans wydali drugą płytę, dają nam nią do zrozumienia, że mają duże ambicje, ale też ogromne możliwości.
"Hidden" to mocna płyta, zespół brzmi na niej jak zdyscyplinowana, dobrze naoliwiona maszyna. Nie spodziewajcie się miłych, delikatnych dźwięków, przyszykujcie się na atak ostro zarysowanego rytmu. Na "Hidden" prawie nie ma gitar, jest za to chór, orkiestra z Czech i japońskie bębny Taiko.
"Time Xone" wprowadza nas gładko i bezboleśnie w klimat płyty, "We Want War" skutecznie wyprowadza nas z tego bezpiecznego miejsca. Łamiący się głos Jacka Barnetta świetnie sprawdza się w mrocznych, na wpół skandowanych, piosenkach, a jego szepto-śpiew niepokoi.
"Attack Music" to bardzo adekwatny tytuł dla numeru pięć na płycie (mojego ulubionego). Mechaniczny rytm, hipnotyczne bębny, tłuczone szkło i dźwięk ostrzonego noża, a do tego chóralnie wyśpiewany refren. Chór usłyszymy na tej płycie często. Główną osią mistycznego "Orion" jest właśnie chór i powolne uderzenia w bęben.
Ta płyta to dzieło perfekcjonisty, każdy dźwięk wydaje się mieć idealnie dla siebie wykrojoną przestrzeń. Mimo różnorodności zastosowanych efektów, nie ma uczucia zbytniego przesycenia czy przytłoczenia, wręcz przeciwnie - czuje się przestrzeń, a piosenki unoszą się w zawiesinie tajemniczości i sprawiają, że mamy uczucie uczestniczenia w jakimś religijnym misterium (vide "Orion").
Mimo pojawiającej się orkiestry "Hidden" wypełnia zimna, surowa muzyka. Końcowe "5" trochę łagodzi klimat i rozgania chmury, ale tylko na tyle, żeby zrobiło się szaro, ale, żeby przypadkiem nie zrobiło nam się zbyt wesoło.


Poznaj i pokochaj

niedziela, 25 października 2009

Muse "The Resistance"


Muse to jeden z tych zespołów, który z każdą płytą zbiera co raz to skrajniejsze recenzje. To ciekawe jak dużo przyjemności sprawia niektórym pielęgnowanie nienawiści do tego zespołu.
Tym bardziej jest to dla mnie dziwne, że panowie z Muse wydają się inteligentnymi, sympatycznymi ludźmi z dużym poczuciem humoru. Matthew Bellamy to charyzmatyczny wokalista, obdarzony nieprzeciętnym głosem i postać zarysowana ostrą kreską, być może ta wyrazistość jest powodem niechęci?
Oczekiwanie na płytę Muse to bardzo miłe zajęcie, bo po Muse można spodziewać się naprawdę wiele. Tym razem również nie zawiedli i połączyli dźwięki, których nie powinno dać się połączyć - harmonie wokalne, Chopin, mocne gitary, arabski motyw, dramatyzm, elektronika... Powinno wyjść coś niejadalnego, a tymczasem wszystko ze sobą gra i tworzy płytę, którą słucha się z przyjemnym zdziwieniem.
"Uprising" pierwsza piosenka na płycie i jednocześnie singiel, to bardzo melodyjne wprowadzenie do tej ciekawej płyty, Bellamy przekonuje nas, że czas się obudzić zanim wpadniemy na dobre w fałszywy rytm życia. Bardzo spodobała mi się "Undisclosed Desires", nietypowa jak na Muse, bardzo chwytliwa, prosta piosenka o miłości. Co ciekawe niektórzy uważają, że jest najgorsza na płycie :P
No i mamy "United States Of Eurasia (+Collateral Damage)" prawdziwa tęcza dźwięków. Zaczyna się dźwiękami pianina, przechodzi w harmonie wokalne, mocną perkusję, niby arabski motyw, a na końcu Chopin i startujący samolot, a do tego cudowny, potężny głos Bellamy'ego. To tak można? Można, jak przekonuje natchnione Muse.
Matthew Bellamy, Christopher Wolstenholme i Dominic Howard tworzą bardzo kreatywne, ciągle rozwijające się trio i ciągle mają pasję i energię jakby dopiero nagrywali pierwszą płytę. Nadal potrafią zaciekawić i zachwycić nową jakością, a jak ktoś chce to może ich nawet bardziej za to wszystko znienawidzić.



Poznaj i pokochaj

sobota, 29 sierpnia 2009

Beck "Modern Guilt"


Pewnie powinnam rozpisać się na temat tego kim jest producent tej płyty i gdzie był Beck na swoich poprzednich płytach i jak to ma się do tej płyty. Jednak czytam to w każdej recenzji i zajmuje to ok. 1/2 ich objętości... Całe szczęście, że nie muszę pisać recenzji :P
Z muzyką Becka zapoznałam się już jakiś czas temu, jednak wtedy jego muzyka była dla mnie zagadką. Beck mnie irytował, nie rozumiałam go, jego dziwnych melorecytacji, nieszablonowych dźwięków. Kiedy już się trochę przegryzłam z różnymi rodzajami muzyki, znowu trafiłam na Becka i nagle bumm! Zrozumienie i zachwyt.
Przy każdej płycie, także "Modern Guilt" słuchanie kompozycji Becka to dla mnie niekończąca się przygoda. Słuchasz "Gamma Ray" raz za razem i ciągle nie masz dosyć. Przy każdej okazji jest to tak samo świeże i wciągające jak podczas pierwszego przesłuchania. Ta muzyka ma to "coś".
Beck lekko znudzonym głosem wyśpiewuje na rozmazanej, przydymionej i niewesołej "Modern Guilt" swoje obawy i spostrzeżenia dotyczące współczesnego świata. Tytułowa "Modern Guilt" opowiada o niepokoju, który zjada człowieka kawałek po kawałku, o poczuciu, że coś jest nie tak ze światem i o tym, że w jakiś sposób to też nasza wina: "Don't know what I've done but I feel ashamed". Zawsze był dobrym, inteligentnym obserwatorem i nic się w tej materii nie zmieniło. Do tego podaje to z nieszablonowymi dźwiękami, które choć nienachalne, odciskają, powoli i cierpliwie, ścieżki w uchu i sercu słuchacza.
Ten facet to dla mnie geniusz, król łączenia najróżniejszych dźwięków. Tworzy już tyle czasu, a nadal jest zadziwiająco kreatywny. "Walls" i "Youthless" to moje ulubione utwory z tej płyty, jednak robią jeszcze większe wrażenie, kiedy słucha się całej płyty - świetnej piosenki po świetnej piosence.
Hansen wciąż intryguje i zachwyca , on chyba nie potrafi inaczej.


Poznaj i pokochaj