Pokazywanie postów oznaczonych etykietą siła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą siła. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 lutego 2019

Years & Years "Palo Santo"

Years &Years od momentu, kiedy ich po raz pierwszy usłyszałam, zrobili oszałamiającą karierę. Oczywiście największy udział ma w tym ich muzyka, ale nie bez znaczenia pozostaje charyzmatyczny wokalista Olly Alexander.
Years & Years to trio, ale to Olly jest motorem napędowym zespołu. To on głównie pisze teksty i muzykę, to on jest jego twarzą, to jego doświadczenia są tu najbardziej istotne. Mikey Goldsworthy i
Emre Türkmen są w cieniu wokalisty. Z tego co można doczytać w książeczce dołączonej do płyty Mikey i Emre byli w cieniu Olly'ego także podczas nagrywania materiału.
Nie kryję sympatii do Olly'ego. Podobają mi się jego wypowiedzi, to co sobą reprezentuje. Olly otwarcie mówi o swoich problemach psychicznych, o tym jak ważna jest terapia, aktywnie wspiera też środowisko LGBTQ+. W 2017r. wyszedł dokument BBC z jego udziałem - "Growing up Gay", opowiadający o problemach psychicznych pojawiających się w środowisku LGBTQ+. Zdecydowanie warto obejrzeć.
"Palo Santo" to drugi album zespołu.  Głównym tematem są związki, nie zawsze udane, czasem trudne, czasem także przez to, że partner Olly'ego nie dokonał coming outu.
Cała płyta jest cudownie popowa, bełna błysku i świetnych tanecznych rytmów. Trudno nie śpiewać i nie tańczyć do "Hallelujah" z uzależniajacym refrenem czy do "If You're Over Me" w której Olly śpiewa o kimś kto napierw twierdzi, że do nas nie pasuje, że go ograniczamy: "One minute, you say we're a team/Then you're telling me you can't breathe", a później daje nam sygnały, że chce do nas wrócić. Podobną tematykę ma "Lucky Escape" w której Olly opowiada, że uciekł przed fałszywą, mocno zapatrzoną w siebie osobą, która lubi manipulować.
Album praktycznie składa się z samych mocnych pozycji, nawet króciutkie "Here" gdzie głównie słyszymy przyjemny, ciepły głos wokalisty wypada bardzo dobrze.
"Palo Santo" to taneczny hit za hitem. Życzę Years & Years, żeby rośli w siłę i dawali tak radosne koncerty jak obecnie, a Olly pozostał pozytywnym wzorem do naśladowania, nie tylko dla młodych ludzi.


Poznaj i pokochaj x2



piątek, 29 grudnia 2017

Sivu "Sweet Sweet Silent"

O Sivu pisałam już w związku z jego świetnum debiutem. Teraz mam przed sobą jego płytę z 2017r. Wiąże się z nią wiele emocji, najpierw pomówmy o tych z których została ulepiona.
Sivu przeniósł się ze znanego wydawnictwa do niewielkiego Square Leg należącego do Charliego Andrew (produkował płyty m.in Alt-J i Nicka Mulveya). W "Sweet Sweet Silent" bardzo podoba mi się produkcja Andrew. Surowa, oparta na wystąpieniach na żywo, na emocjach, a nie oszlifowana do wyjałowienia. Taką lubię najbardziej, bo jest bardzo autentyczna. Bardzo pasuje do nowego albumu Sivu, który jest szczery, boli, smuci, uwiera.
James cierpi na chorobę Meniere'a. To choroba ucha wewnętrznego powodująca cieżkie zawroty głowy, szum uszny i postępujący niedosłuch. Taka choroba dla każdego z nas byłaby ciosem. Myślę, że łatwo sobie wyobrazić jaką tragedią musi być dla muzyka: "The scariest thing for me if I was to turn deaf would be not being able to play music anymore. Music is all I've ever wanted to do and is all I've ever done, so the prospect of losing all of that is unbearable" (wywiad z Sivu o chorobie Menier'a). Jeśli kochamy czyjąś muzykę to ta osoba staje się dla nas w jakiś sposób bliska, więc tym bardziej było mi przykro, kiedy Sivu powiadomił fanów o swojej diagnozie.
Tytułowa "Sweet Sweet Silent" mówi o pogodzeniu się z trudną diagnozą. "You can do whatever you want" - wyśpiewuje odważnie James, który stara się przygotować na różne scenariusze. Jego głos wydobywa się spod pięknie brzmiących smyczków jak spod wody, co odnosi się do odbierania dźwięków przy chorobie Menier'a.
Najważniejszy na płycie jest kruchy, chwytający za serce głos Jamesa. Idealnie dobrana jest do niego muzyka: oszczędna i wymagająca skupienia, pięknie zaaranżowana jak np. w "My Moon River". W równie pięknej "Childhood House" Sivu opowiada o tym jak bezpieczny czas dzieciństwa zderza się z dorastaniem, z życiem poza tą bezpieczną bańką. Słuchając tej piosenki czuję ją w każdym nerwie. Niesamowita rzecz.

Ta płyta jest stworzona przez osobę wrażliwą dla takich samych słuchaczy. Przejmująca muzyka. Przygotujcie się na wiele wzruszeń podczas słuchania.

Poznaj i pokochaj 

piątek, 16 września 2016

Cage the Elephant "Tell Me I'm Pretty"

Cage the Elephant nagrali następną świetną płytę. Pomagał im w tym producent, którego nazwisko mogło wam się obić o uszy, czyli Dan Auerbach, czyli 1/2 The Black Keys. Producent miał na pewno wpływ na odsianie napiętrzenia dźwięków, nie wiem jaki pomysł na te piosenki mieliby panowie z Cage the Elephant bez Auerbacha, ale to co dostalismy do rąk jest bez wątpienia niezwykle smacznym kawałkiem muzyki.
Matt Schultz nie krzyczy już tak jak kiedyś, ale spokojnie nadal słychać jego surowy, ostry wokal, a teksty są tak samo satysfakcjonujące jak wcześniej. Są też oczywiście spokojniejsze kawałki jak "Trouble" gdzie Matt brzmi równie dobrze, a nawet śmiem stwierdzić, że z płyty na płytę brzmi coraz lepiej. Mimo różnych zmian energia, która tkwi w muzyce Cage the Elephant ciągle jest tak samo świeża i pobudzająca. Słychać to w, wielokrotnie przeze mnie odtwarzanej, "Cold, Cold, Cold", panowie nie stracili nerwa mimo retro entourage'u.
Tempo na płycie ulega ciągłym zmianom utrzymując zaciekawienie i uwagę słuchacza. Jest trochę retro dźwięków, tamburynów, trochę mocnego gitarowego grania, wpadających w ucho momentów do nucenia.
Cage the Elephant wydają się bardziej poukładani niż kiedyś, ale tylko na tyle na ile powinni być, żeby uniknąć chaosu. W tej muzyce nadal jest jakaś taka nonszalancja, szczerość i moc, ale teraz też i dojrzałość. Udało mi się zobaczyć ich koncert i tym pewniejsza jestem swoich słów. Na pewno będę wracać do tej płyty i  z zaciekawieniem będę czekać na ich następne piosenki.


Poznaj i pokochaj

czwartek, 23 lipca 2015

Villagers "Darling Arithmetic"

Pod pseudonimem Villagers ukrywa się (chociaż może to dość niefortunne stwierdzenie, ale o tym później) Conor O'Brien, który jest wspomagany (chociaż nie zawsze) przez różnych muzyków. Conor jest sterem, żeglarzem i okrętem tego zespołu. Dobitnie pokazał to na tej płycie, którą zmiksował, wyprodukował, nagrał, na której zagrał na każdym z instrumentów i oczywiście na którą napisał wszystkie teksty, które później pięknie zaśpiewał. Wszystko to zrobił nie w jakimś studiu na drugim końcu świata, ale we własnym domu. Czy ta płyta może być jeszcze bardziej jego?
Conor ma na koncie jeszcze dwie płyty, każda była nowminowana do Mercury Prize. Wydawać by się mogło, że to spora presja, tymczasem Conor nie wynajął najlepszych z najlepszych, ale sam zajął się "Darling Arithmetic" i poruszył na niej bardzo osobiste tematy.
Conor bardo zaangażował się w tegoroczną kampanię przekonujacą do głosowania na "tak" w referendum w sprawie legalizacji małżeństw jednopłciowych. Temat miłości, zmagania się z nieprzychylnym otoczeniem i nabierania odwagi, żeby być sobą nie pojawiał się w wywiadach z Conorem tylko w kontekście referendum, ale również w kontekście jego nowej płyty.
Album otwiera "Courage" w którym O'Brien mówi o swoich zmaganiach z otwartym mówieniem o sobie, to bardzo poetycka piosenka. Nie na darmo dostał nagrodę (Ivor Novello) za tekst piosenki "Becomin A Jackal" z pierwszej płyty.
"Darling Arithmetic" jest uniwersalną płytą o miłości, zachwyca "Everything I Am Is Yours" z pianinem w tle, w której Conor podkreśla, że wszystko co dobre i to co szare, ukryte oddaje osobie którą kocha. Bardzo wzruszające wyznanie i taki sam moment na płycie.
Płyta jest spokojna muzycznie i nieskomplikowana, nie znajdziemy tu szaleństw z instrumentami, ale bogata w warstwie tekstowej i emocjonalnej. Czysty, łagodny głos Conora uspokaja, a kiedy trzeba porusza i każe pochylić się nad jedną z mądrzejszych rzeczy, które ostatnio usłyszałam - w "Courage" śpiewa: "courage, the sweet belief of knowing nothing comes for free". Na początku wydaje się to trochę straszne, ale później czuć, że właśnie w tym tkwi siła. Na niektóre rzeczy trzeba mocno pracować, za inne możemy słono zapłacić, jednak poczucie, że jesteśmy sobą jest tego warte. Przynajmniej tak twierdzi Conor, a ja muszę się z nim zgodzić. Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo.

Poznaj i pokochaj

niedziela, 19 października 2014

Nothing But Thieves "Graveyard Whistling" [EP]

Zakochałam się w muzyce Nothing But Thieves.
Zespół ma na koncie jedną EP-kę, oprócz tej, którą tu widzicie, możecie więc na świeżo zapoznać się z całkiem nowym, ciekawym zespołem (nowym, jeśli nie policzymy lat grania po garażach - panowie znają się ze szkoły). To co przykuło mnie do słuchawek za pierwszym razem kiedy ich posłuchałam to głos Conora, który wyśpiewywał linijki w "Emergency" - czasem delikatny, czasem silny, umiejętnie budujący napięcie. Każda z piosenek na tej EP-ce jest na swój sposób piękna i każda pokazuje różne odcienie głosu wokalisty. W poruszającym "Last Orders" głos Conora płynie przez dźwięki bez wysiłku, jest kruchy, delikatny, w "Itch" jest mocny, ostry. Muzycznie panowie tworzą różne przestrzenie od tych gęstych i zamkniętych po otwarte, pełne powietrza, oddechu. Bardzo, bardzo dobrze się tego słucha.
Czekam z niecierpliwością na ich pierwszy album.

p.s EP-kę można za darmo pobrać z oficjalnej strony zespołu (kliknij w "poznaj")


Poznaj i pokochaj

niedziela, 31 sierpnia 2014

George Ezra "Wanted On Voyage"

George Ezra to następny młody (21 lat) artysta, o którym zrobiło się ostatnio głośno. George jak na swoje młode lata ma bardzo dojrzały, głęboki  głos, którym już na początku płyty wygrywa uwagę słuchacza.
To co ma do zaoferowania George pięknie pokazuje świetna pod wieloma względami siódma na albumie, a pochodząca z EP-ki "Did You Hear the Rain?". Zaczyna się wstępem a capella, a później rozwija się w mroczną bluesową piosenkę. "Oh, did I send a shiver/Down your spine?" śpiewa George i aż chce się odpowiedzieć "tak!", bo aż czuć ciarki przechodzące po plecach od tego mocnego wokalu wybrzmiewającego na tle mrocznej muzyki. Na płycie znajdziemy mieszankę folku, bluesa, indie. Piosenki mają raczej prostą formę, cieszą dobre teksty i chwytliwe melodie. Na tej płycie jest wiele pozostających w pamięci momentów, choćby "Budapest" czy "Cassy O' ", które łatwo zacząć nucić razem z ich sympatyczny autorem.
George brzmi dobrze również w mniej przebojowym repertuarze. "Breakaway" rozwija się powoli aż do podbijającego wymowę piosenki chóru na końcu. Piosenka opowiada o dziewczynie z poczuciem wartości zdeptanym przez jej partnera, George oferuje jej schronienie. Bardzo podoba mi się ten spokojny i pełen powagi utwór.
Dla Georga inspiracją dla albumu była jego podróż do Europy, a teraz on zabiera nas w podróż, a za  przewodnika mamy jego chropowaty głos. W wywiadzie dla coupdemainmagazine.com George powiedział, że jedyne czego pragnie to, żeby jego muzyka została w czyjejś pamięci, a już wspaniale by było gdyby stała się ścieżką dźwiękową dla czyichś szczęśliwych dni. Myślę, że jego życzenie właśnie się spełnia, przynajmniej jeśli chodzi o mnie.


Poznaj i pokochaj ponure dźwięki i te weselsze

czwartek, 26 grudnia 2013

Woodkid "The Golden Age"

Tą płytą postanowiłam zakończyć mój blogowy rok 2013. Yoann Lemoine, Francuz ukrywający się pod pseudonimem Woodkid, urzekł mnie swoim debiutem - muzyką, głosem, klipami i genialnym koncertem 7 grudnia w warszawskiej Arenie Ursynów.
Bardzo podoba mi się to, że Lemoine dba o to, żeby jego muzyka miała odpowiednią oprawę; czarno-białe klipy ze znakiem kluczy, które Yoann ma wytatułowane na rękach, to, że na scenie bębniarze stoją bez ruchu do chwili w której zaczynają wybijać rytm, takie drobne rzeczy sprawiają mi dużą przyjemność. Nic dziwnego, że dla Woodkida klimat płyty rozciąga się na wizualizacje, Yoann jest reżyserem klipów dla np. Lany Del Rey, Katy Perry, Rihanny. Jak powiedział w wywiadzie dla nbhap.com : I can’t see visuals not being linked to sound and sound not being linked to visuals. It has to come together.
To, że Yoann robi klipy dla wielkich z popowego świata, nie oznacza, że jego muzyka leży w tej samej muzycznej galaktyce.
"The Golden Age" jest pełna siły, klimat jest bardzo podniosły, kojarzy się raz z marszem wojska, raz z kościelnymi organami;  to niezwykle udany mariaż poetyckich, czasem wzruszających tekstów z mocno zarysowanym rytmem i muzyką, która karze ci podnieść się i walczyć. Płyta odnosi się do złotego wieku Woodkida, czyli dzieciństwa, a właściwie do opuszczenia tego czasu i wejścia w życie, co najlepiej słychać w "Run Boy Run".
Pierwszą piosenką, która mnie zachwyciła było chwytające za serce "I Love You". Tytuł nie pozostawia wiele do domysłu. Piosenka opowiada o straconej miłości, o tym, że jedna osoba jeszcze kocha, a druga już jej nie dostrzega. Piosence towarzyszy piękny klip z  występującym w nim modelem Matveyem Lykovem.
Równie wzruszająca jest "Where I Live". To już zupełnie inny utwór, nadal smutny, ale już zdecydowanie bardziej cichy. Opowiada o osobie, która żałuje tego jak wyglądało jej życie - było uczciwe, decyzje były podejmowane rozważnie, mimo tego nie było w nim szczęścia, podążenia za potrzebą serca.
Płyta jest bardzo spójna pod względem tematu i muzyki, jednak nie jest monotonna. Chwile wzniosłe podbite orkiestrą, w których czujemy się częścią wielkiej, pasjonującej historii przeplatają się z refleksyjnymi, spokojnymi momentami. Nad wszystkim pięknie wybrzmiewa głęboki głos Woodkida.
Jedno z bardziej intrygujących wydawnictw w kończącym się 2013 roku.


 Poznaj i pokochaj

niedziela, 3 listopada 2013

Editors "The Weight of Your Love"

Nowa płyta Editors to jak zawsze zmiany w muzyce, jednak tym razem to też zmiany w składzie. Z zespołu odszedł Chris Urbanowicz. Oczywiście na początku oficjalnym powodem takiej zmiany były różnice w postrzeganiu muzycznej przyszłości zespołu, ale jak przewinęło się później tu i ówdzie panowie po prostu przestali się dogadywać. Na jego miejsce weszło dwóch panów Justin Lockey i Elliott Williams. Jest to zmiana niemała, ponieważ Chris nie tylko należał do zespołu od początku jego istnienia, ale dźwięk jego gitary czy syntezatorów miał duży wpływ na brzmienie zespołu.
Panowie, po trzeciej płycie, na której syntezatory odgrywały główną rolę, znowu dali szansę gitarom. Jest to zdecydowanie bardziej rockowa płyta. Znalazło się też sporo miejsca dla smyczków.
"The Weight of Your Love" zaczyna "The Weight". Mocna i mroczna. Tom swoim głębokim głosem obiecuje: "I wouldn't sing about death", którą to obietnicę oczywiście łamie tą piosenką. Jednak głównym tematem płyty jest miłość. Po Editors nie możemy spodziewać się słodkich utworów o tym uczuciu, które napędza pewnie 3/4 twórczości na świecie. Miłość na tej płycie jest uczuciem trudnym, wiąże się z rozstaniami, bólem, ciężarem, który nas przytłacza, ale też, jak w przebojowej "A Ton of Love", z pożądaniem.
Piosenka za piosenką Editors nie schodzą poniżej wysoko ustawionej poprzeczki, każda z piosenek jest warta zapamiętania i chyba żadna z nich nie nastręczy trudności w tym temacie.
Tom na tej płycie pozwala nam poznać trochę inną stronę swojego głosu, wysoko, z bardzo dobrym efektem śpiewa m.in w "What Is This Thing Called Love". Jest to bardzo bezpośrednie i wzruszające wyznanie o końcu uczucia.
Ciekawą zmianą w zespole, która zaszła w raz z pojawieniem się dwóch nowych członków, jest pojawienie się nowego wokalu, który zdecydowanie nie jest na pierwszym miejscu, ale jest tłem lub jest obok głosu Toma. Jednak jest to duża nowość, do tej pory Tom rządził niepodzielnie na tym stanowisku. Autorem tej zmiany jest Elliott Williams, jestem jak najbardziej za, wokal Williamsa współgra z głosem Toma i jest po prostu ciekawy.

Każda płyta Editors jest inna, tak samo jest z tą. Ten zespół mnie nigdy nie zawiódł, każde ich wcielenie było dla mnie udane, nawet to bardziej elektroniczne. Muzyka zmienia się tak jak zmieniają się ludzie, którzy ją tworzą. Dla mnie każda zmiana w brzmieniu Editors jest tak samo satysfakcjonująca. "The Weight of Your Love" to świetna płyta z piosenkami stworzonymi do koncertowych szaleństw, jak "Formaldehyde" i z tymi skromniejszymi, jak piękna "Nothing". "The Weight of Your Love" będzie ładnie wyglądało na mojej półce i to nie tylko dzięki przyciągającej wzrok oprawie graficznej.


Poznaj i pokochaj

sobota, 15 września 2012

We Are Augustines "Rise Ye Sunken Ships"


We Are Augustines to jeden z tych zespołów, których poczynania mam przyjemność śledzić od początku ich działalności, dzięki czemu dane mi jest cieszyć się z ich każdego sukcesu tak jakby dotyczył kogoś mi bliskiego.
Po rozpadzie zespołu Pela Billy McCarthy i Eric Sanderson (perkusista Rob Allen dołączył do zespołu później) założyli Augustines, który później przemianowali na We Are Augustines. Pierwszą piosenką, którą panowie chcieli pokazać światu była "Book of James", poruszająca bardzo smutny temat; dotykająca bardzo intymnych spraw z życia McCarthy'ego.
Cała płyta jest taka, McCarthy przelał w te piosenki swój strach , bezradność i ból, to płyta o zmaganiu się z życiem. Wspomniana "Book of James" opowiada o bracie McCarthy'ego, który przez większość swojego niedługiego życia zmagał się z uzależnienie od narkotyków, bezdomnością, a przede wszystkim ze źródłem swoich problemów, czyli schizofrenią. James powiesił się podczas pobytu w szpitalu psychiatrycznym w momencie kiedy zespół brata - Pela właśnie się rozpadał. Bracia (i siostra) nie znali swojego ojca, a dzieciństwo spędzili w zakładzie opiekuńczym, ponieważ ich matka z powodu schizofrenii nie była w stanie się nimi zaopiekować. McCarthy miał 19 lat, kiedy jego matka przedawkowała leki przeciwbólowe i  kokainę. Sanderson ma równie niewesołą historię rodzinną wypełnioną uzależnieniami i chorobami psychicznymi.
Historia obu panów jest przytłaczająca, jednak nie bójcie się wziąć ich płyty do ręki.Album jest pełen siły z którą człowiek czepia się życia. To ogromna dawka problemów jak na jedna płytę, ale jak już raz poczuje się moc tej płyty to nie można odłożyć jej spokojnie na półkę.
Równie mocna, jak słowa piosenek, jest muzyka panów i głos McCarthy'ego. Muzyka jest "przybrudzona", pełna siły, czasem podniosła. Głęboki głos wokalisty łamie się, jakby pod ciężarem słów, które wyśpiewuje. Pierwsze co mi przyszło na myśl kiedy usłyszałam jego głos to kawałek nieociosanego drewna, który jest pełen drzazg.Kocham moment kiedy w, pierwszej na płycie, piosence o utraconej miłości ("Chapel Song"), McCarthy śpiewa tym pełnym rozpaczy głosem: "And I shake shake shake like a leaf/And I'm lyin' lyin' lyin' through my teeth/I got a pocket full of handshakes/And it don’t mean nothin’".
Ta płyta jest na pewno jakąś formą terapii dla jej twórców, ich szczerość onieśmiela."Rise Ye Sunken Ships" porusza i daje do myślenia jak bardzo silny, mimo wszystkich siniaków jakich dostarcza mu życie, może być człowiek.

Poznaj i pokochaj

poniedziałek, 2 maja 2011

Charlie Winston "Hobo"

Charlie Winston pochodzi z Wielkiej Brytanii, obecnie mieszka we Francji i jak do tej pory to tam odniósł największy sukces. Szkoda, że w swoim kraju nie jest taki popularny, tym bardziej, że wydaje się iż ma wszystko za co można pokochać artystę: głos, charyzmę, rytmiczne piosenki, talent do pisania mądrych, czasem żartobliwych tekstów i no tak, ma nawet odpowiednią prezencję.
Album (wydany w 2009r.) zaczyna świetna "In Your Hands" opowiadająca o frustracji związanej z brakiem pieniędzy, myślę, że tekst trafi do serca wielu osób, które musiały złożyć swoje życie w ręce innych. Następna "Like A Hobo" ("hobo" - włóczęga) stała się sporym przebojem we Francji i nic dziwnego, to wpadający w ucho hym o niezależności i wolność: "Like a hobo from a broken home/Nothing's gonna stop me". Ta piosenka daje siłę i dużo radości.
Charlie potrafi skromnym instrumentarium, jak w "Calling Me", zbudować ciekawą piosenkę, gdzie najważniejsza obok jasnego, tym razem delikatnie brzmiącego głosu Winstona, jest gitara i harmonijka. Oba instrumenty dostały sporo miejsca na płycie.
Bardzo interesująco wypada rytmiczny "Kick the Bucket", podoba mi się dystans i poczucie humoru Charliego, piosenka o tym, że wszyscy umrzemy okazuje się okazją do celebrowania życia. Ponadto Charlie to dobry obserwator, w "Generation Spent" opisuje to jak postrzega to co się dzieje z ludźmi: "Looking out at the emptiness of faces(...)Everybody is someone else's opinion".
Charlie opowiada o tym co ma w głowie i w sercu, robi to z dużym wdziękiem i w sposób, który pozwala odróżnić mu się na tle innych artystów, niebagatelną rolę odgrywa tu jego silny, męski głos, w którym bez problemu można się zakochać.
Siła "Hobo" tkwi w...talencie autora tej płyty, warto czekać na jego kolejne albumy, które, miejmy nadzieję, potwierdzą, że się nie mylę.


niedziela, 20 marca 2011

Lykke Li "Wounded Rhymes"


Zacznijmy od tego, że nie mam pojęcia jak brzmi pierwszy album tej szwedzkiej wokalistki. Chyba muszę powalczyć z tym, że kiedy o jakimś artyście mówi się z hurraoptymizmem w strefie internetowo-muzycznej to jakoś nie za bardzo chce mi się sprawdzić: "o co w tym wszystkim chodzi". Po usłyszeniu "Wounded Rhymes" (za którego produkcję odpowiada Björn Yttling z Peter Bjorn and John) na pewno sięgnę po debiut Li, chociaż ponoć nie przypomina jej nowego wydawnictwa.
Pierwsze co mnie urzekło na "Wounded Rhymes" to gęsta, ponura atmosfera i czasem mocny, ostry, a czasem tajemniczo brzmiący wokal. Natomiast pierwszą piosenką do której wróciłam było, wybrane na singiel, "I Follow Rivers". Pełna pasji, rytmiczna piosenka o całkowitym oddaniu drugiej osobie została świetnie zilustrowana prostym, ale bardzo adekwatnym klipem.
Cały album poświęcony jest tematowi miłości, dojrzewania i to raczej nie pozytywnym emocjom, które mogą się z tym wiązać. W powolnej "Sadness Is A Blessing" Li śpiewa: "Every night I rant, I plead, I beg him not to go/Will sorrow be the only lover I can call my own?", nieudany związek wydaje się głównym natchnieniem dla tej płyty.
Jednak Li wcale nie wchodzi w rolę słabej, opuszczonej kobiety, wręcz przeciwnie; w tym albumie jest siła, jest ta wielka, dobra energia, którą uwielbiam u artystek. Jest też delikatność i melancholia jak w "I Know Places", ale nie ma poczucia, że ten smutek to smutek ostateczny. Myślę, że nie przez przypadek płytę kończy "Get Some", które brzmi jak wyzwanie, groźba, a nie zachęta: "Like a shotgun needs an outcome/I'm your prostitute, you gon' get some", Li rzuca czar w towarzystwie plemmienych bębnów.
Li stworzyła osobistą, pełną łatwych do zapamiętania melodii i wyraźnych rytmów, płytę, która wydaje się sposobem na uwolnienie od chaosu i wszystkich odcieni emocji, które towarzyszą otrząsaniu się z minionego związku. Oj, i jak pięknie to brzmi.


Poznaj i pokochaj

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Jacob Golden "Revenge Songs"

"Revenge Songs" z 2007 roku jest drugim albumem Jacoba, jednak pierwszym, który nie przeszedł niezauważony (co nie znaczy, że debiut był zły). Po rozpadzie swojego zespołu i wydaniu "Hallelujah World" Jacob wreszcie zyskał pewien rozgłos, dodajmy, że zasłużony.
Jacob rozczarowany tym, że nie znalazł publiczności dla swojej muzyki chciał zakończyć przygodę z dźwiękami, po "Hallelujah World" przestał tworzyć i znalazł "normalną" pracę. Na szczęście potrzeba tworzenia dała o sobie znowu znać. "Revenge Songs" nagrał sam - w domu, na parkingu, na ulicy; z dala od komfortu studia. Płyta jest akustyczna, dość mocno różni się od tego co Jacob zaprezentował na solowym debiucie.
Najważniejszy na tym albumie jest głos Jacoba. On jest na pierwszym miejscu razem z osobistymi tekstami piosenek. Jacob śpiewa bardzo emocjonalnie, jego głos jest jasny i silny. Kiedy się go słucha ma się wrażenie, że jest się z nim sam na sam w jednym pokoju.
W "Shoulders" słuchamy opowieści o straconej miłości i o marzeniach, które umierają: "At twenty five I bought a sampler when my band broke up- I thought I lost my spark". Uwielbiam brzmienie gitary w "Pretend" i łapiące za serce wyznanie: "I discovered freedom then I woke upon the floor (...) here we are again we can still pretend". Prosta, piękna piosenka.
Mimo dość okrojonej liczby instrumentów muzyce nie brakuje dynamiki, nie czuć też, żeby któraś z piosenek została doklejona do reszty na siłę. Nie ma tutaj dłużyzn czy mdławych ballad. Piosenki są dobrze ułożone na albumie, mocniejsza "Church Of New Song" czy lekka w brzmieniu "On a Saturday" oddzielają od siebie skromniejsze utwory. Przez to bardzo dobrze słucha się płyty, nie ma tu nużących fragmentów.
Jacob nagrał płytę pełną prostych, ale silnych piosenek. Jego głos zachwyca i łatwo kieruje emocjami słuchacza, przynajmniej moimi i to niezmiennie od trzech lat.

Obecnie Jacob znowu postanowił działać zespołowo i z kolegą Dusty Brownem eksperymentuje z elektroniką, oby wszystko się panom udało.

Poznaj i pokochaj
Płytę, za darmo, można przesłuchać tu

wtorek, 1 czerwca 2010

Wild Beasts "Two Dancers"


Wild Beasts, czyli czterech panów z Wielkiej Brytanii, odwiedzi nas w te wakacje na Open'erze. Jeśli macie bilet na ten festiwal, ale nie mieliście w planach posłuchania tego co panowie proponują, może teraz zmienicie zdanie, a jeśli nie macie biletu może kupicie go specjalnie po to, żeby stanąć pod sceną, kiedy oni będą grać.
Tak czy siak - opłaca się. Wild Beasts to ciekawy zespół, który może was zaskoczyć.
Płytę zaczyna "The Fun Powder Plot". Piosenka pulsuje spokojnie, po pierwszej minucie wślizguje się w jej rytm piękny głos Haydena Thorpe. Głos który może na początku zdziwić słuchacza - nieczęsto słyszy się falset na tle gitar i perkusji w tzw. zespołach indie. Rozmazane dźwięki gitar, świetne melodie i oszałamiający, teatralny głos Haydena po pierwszym możliwym zgrzycie, jednak zgrzycie wynikającym z tego, że "tego jeszcze nie słyszałem/am", spajają się w jedno zwierze.
Ogromną przyjemność sprawia mi wsłuchiwanie się w najdrobniejszą zmianę, która pojawia się w głosie wokalisty. Wystarczy posłuchać opowiadającą o przemocy "Hooting & Hoowling": "We're just brutes bored in our bovver boots". Hayden brzmi w tej linijce agresywnie, tak jakby tłumił ten prymitywny, rozbulgotany gniew o którym śpiewa.
W kontrze do bogatego głosu, który pochłania prawie całą uwagę słuchacza pojawia się inny, niższy głos, który nie jest tylko świetnym urozmaiceniem, ale sam mógłby grać pierwsze skrzypce w zespole. Tom Fleming w "All The King's Men" tworzy jedną z najlepszych piosenek na płycie.
Warto również polecić bliższe zapoznanie się z tekstami, myślę, że możecie poczuć się trochę zmieszani, są tak samo charakterystyczne jak muzyka. Na przykład "The Fun Powder Plot" opowiada o zdarzeniu w brytyjskim parlamencie, kiedy to działacze walczący o prawa ojców rzucili w Tony'ego Blaira prezerwatywami wypełnionymi fioletowym proszkiem.

Wild Beasts to oryginalny zespół, który stworzył piękną płytę. Szkoda by było gdybyście ją przegapili.


Poznaj i pokochaj - Hayden, Tom

wtorek, 24 listopada 2009

Editors "In This Light And On This Evening"


Editors niedawno ukazali światu swoją trzecią płytę. Zmienili na niej gitary na syntezatory. I co z tego wyszło? Oto dwa cytaty do wyboru: "it might be the best album Editors have yet produced" (BBC) lub "everything you don't want to hear from a band that once had something to offer" (Strangeglue). Ja stawiam na ten pierwszy.
Ta płyta to coś zdecydowanie zaskakującego i to już od pierwszego, tytułowego, utworu - "In This Light And On This Evening". Piosenka zaczyna się groźnie - Tom Smith niskim głosem wyśpiewuje: "I swear to god/I heard the earth inhale", aż człowiek ma ciarki. Może być to dość duży szok dla niektórych fanów.
Panowie na pierwszy singiel wybrali "Papillion", który świetnie reprezentuje płytę i pozostaje w pamięci dzięki świetnej linijce: "It kicks like a sleep twitch!" i dramatycznemu, syntezatorowemu klimatowi.
Niezwykle ciekawa i przyciągająca uwagę jest piąta z dziewięciu piosenek na płycie, czyli "The Big Exit". Znowu mamy tu zupełnie nowego ducha Editors, Tom tym razem śpiewa w wyższych rejestrach na tle mechanicznej, ponurej muzyki.
Największe wrażenie zrobił na mnie przedostatni utwór - "Eat Raw Meat = Blood Drool". Jest mocny, dramatyczny, ostry. Brzmi naprawdę świetnie, a na żywo jest jeszcze potężniejszy.
Editors stworzyli bardzo ciekawą płytę, nie tylko dlatego, że inną od tego co wcześniej nagrali. Zanurzenie się w jej klimat sprawia dużą przyjemność. Warto, żeby posłuchali tej płyty ci, którzy do tej pory nie przepadali za Editors. Może panowie trafią do nich z tą propozycją.


Poznaj i pokochaj

niedziela, 25 października 2009

Muse "The Resistance"


Muse to jeden z tych zespołów, który z każdą płytą zbiera co raz to skrajniejsze recenzje. To ciekawe jak dużo przyjemności sprawia niektórym pielęgnowanie nienawiści do tego zespołu.
Tym bardziej jest to dla mnie dziwne, że panowie z Muse wydają się inteligentnymi, sympatycznymi ludźmi z dużym poczuciem humoru. Matthew Bellamy to charyzmatyczny wokalista, obdarzony nieprzeciętnym głosem i postać zarysowana ostrą kreską, być może ta wyrazistość jest powodem niechęci?
Oczekiwanie na płytę Muse to bardzo miłe zajęcie, bo po Muse można spodziewać się naprawdę wiele. Tym razem również nie zawiedli i połączyli dźwięki, których nie powinno dać się połączyć - harmonie wokalne, Chopin, mocne gitary, arabski motyw, dramatyzm, elektronika... Powinno wyjść coś niejadalnego, a tymczasem wszystko ze sobą gra i tworzy płytę, którą słucha się z przyjemnym zdziwieniem.
"Uprising" pierwsza piosenka na płycie i jednocześnie singiel, to bardzo melodyjne wprowadzenie do tej ciekawej płyty, Bellamy przekonuje nas, że czas się obudzić zanim wpadniemy na dobre w fałszywy rytm życia. Bardzo spodobała mi się "Undisclosed Desires", nietypowa jak na Muse, bardzo chwytliwa, prosta piosenka o miłości. Co ciekawe niektórzy uważają, że jest najgorsza na płycie :P
No i mamy "United States Of Eurasia (+Collateral Damage)" prawdziwa tęcza dźwięków. Zaczyna się dźwiękami pianina, przechodzi w harmonie wokalne, mocną perkusję, niby arabski motyw, a na końcu Chopin i startujący samolot, a do tego cudowny, potężny głos Bellamy'ego. To tak można? Można, jak przekonuje natchnione Muse.
Matthew Bellamy, Christopher Wolstenholme i Dominic Howard tworzą bardzo kreatywne, ciągle rozwijające się trio i ciągle mają pasję i energię jakby dopiero nagrywali pierwszą płytę. Nadal potrafią zaciekawić i zachwycić nową jakością, a jak ktoś chce to może ich nawet bardziej za to wszystko znienawidzić.



Poznaj i pokochaj

czwartek, 21 maja 2009

IAMX "Kingdom of Welcome Addiction"


Teatr Chrisa Cornera wystawia nowe przedstawienie: "Kingdom of Welcome Addiction". Chris ma w Polsce rzeszę oddanych fanów, którzy ze zniecierpliwieniem czekali na tę płytę. Teraz mamy i płytę i następny koncert IAMX w Polsce, jak widać Chris doskonale wie, gdzie ludzie darzą go uwielbieniem (to stwierdzenie nie jest przesadą).
"Kingdom of Welcome Addiction" na pewno nie zahamuje tej fali fanowskiej miłości, co najwyżej może ją jeszcze bardziej rozniecić. Mroczna, dramatyczna atmosfera płyty wciąga i każde przesłuchiwać album raz za razem.
Oczywiście nie ma mowy, żeby Chris zawiódł w kwestii wokalu. Na płycie usłyszymy spokojne, delikatne dźwięki jak i ekspresyjny, przeszywający człowieka na wskroś śpiew.
Nawet gdyby ten facet wyśpiewał listę zakupów to byłaby to najbardziej fascynująca i najseksowniejsza lista zakupów na świecie. I chociaż niektórzy ludzie patrzą na mnie dziwnie, kiedy opisuję głos Cornera jako "orgazmiczny", kto raz go usłyszał ten już nigdy nie zapomni ;) W "My secret friend" mamy już dwa takie cudowne głosy, obok Cornera słyszymy Imogen Heap.
Bardzo przypadł mi do gustu "I Am Terrified", piosenka wygląda jak spowiedź Chrisa z prześladujących go lęków i samotności, chociaż na ile to teatr a na ile rzeczywistość, raczej się nie dowiemy. To mocna, brutalna rzecz, jeszcze mocniej uderza "An I For An I", krytykujący współczesny świat.
Chris stworzył siebie od początku do końca, "Kingdom of Welcome Addiction" to cegiełka umacniająca jego sceniczny wizerunek, ale co najważniejsze świetna płyta.
Ten album jest po prostu intensywny, spójny i uzależnia.


Poznaj i pokochaj