Pokazywanie postów oznaczonych etykietą młodość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą młodość. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 lutego 2019

Years & Years "Palo Santo"

Years &Years od momentu, kiedy ich po raz pierwszy usłyszałam, zrobili oszałamiającą karierę. Oczywiście największy udział ma w tym ich muzyka, ale nie bez znaczenia pozostaje charyzmatyczny wokalista Olly Alexander.
Years & Years to trio, ale to Olly jest motorem napędowym zespołu. To on głównie pisze teksty i muzykę, to on jest jego twarzą, to jego doświadczenia są tu najbardziej istotne. Mikey Goldsworthy i
Emre Türkmen są w cieniu wokalisty. Z tego co można doczytać w książeczce dołączonej do płyty Mikey i Emre byli w cieniu Olly'ego także podczas nagrywania materiału.
Nie kryję sympatii do Olly'ego. Podobają mi się jego wypowiedzi, to co sobą reprezentuje. Olly otwarcie mówi o swoich problemach psychicznych, o tym jak ważna jest terapia, aktywnie wspiera też środowisko LGBTQ+. W 2017r. wyszedł dokument BBC z jego udziałem - "Growing up Gay", opowiadający o problemach psychicznych pojawiających się w środowisku LGBTQ+. Zdecydowanie warto obejrzeć.
"Palo Santo" to drugi album zespołu.  Głównym tematem są związki, nie zawsze udane, czasem trudne, czasem także przez to, że partner Olly'ego nie dokonał coming outu.
Cała płyta jest cudownie popowa, bełna błysku i świetnych tanecznych rytmów. Trudno nie śpiewać i nie tańczyć do "Hallelujah" z uzależniajacym refrenem czy do "If You're Over Me" w której Olly śpiewa o kimś kto napierw twierdzi, że do nas nie pasuje, że go ograniczamy: "One minute, you say we're a team/Then you're telling me you can't breathe", a później daje nam sygnały, że chce do nas wrócić. Podobną tematykę ma "Lucky Escape" w której Olly opowiada, że uciekł przed fałszywą, mocno zapatrzoną w siebie osobą, która lubi manipulować.
Album praktycznie składa się z samych mocnych pozycji, nawet króciutkie "Here" gdzie głównie słyszymy przyjemny, ciepły głos wokalisty wypada bardzo dobrze.
"Palo Santo" to taneczny hit za hitem. Życzę Years & Years, żeby rośli w siłę i dawali tak radosne koncerty jak obecnie, a Olly pozostał pozytywnym wzorem do naśladowania, nie tylko dla młodych ludzi.


Poznaj i pokochaj x2



czwartek, 28 grudnia 2017

AlascA "Actors & Liars"

"Actors & Liars" to debiut holenderskiej grupy AlascA z 2012r. Trafiłam na nich przypadkiem, grzebiąc w odmętach YouTuba i od razu spodobał mi się piękny głos Franka Bonda. O zespole nie wiem nic ponad to, że pracuje nad trzecim albumem i tworzą go Holendrzy. Wynika to z faktu, że nie mogę pochwalić się znajomością holenderskiego, a prawie wszystkie materiały o zepole są w ich ojczystym języku - AlascA nie może poszczycić się międzynarodową sławą. Szkoda, bo tworzy bardzo przyjemną muzykę, a jak mogę zapewnić po zapoznaniu się z drugim albumem, zespół się rozwija i zmienia.
Jednak wróćmy do pierwszej płyty. To bardzo przyjemne folkowe granie. Ciepły, miękki głos Bonda otula słuchacza, w tle plumka banjo i bas, a gitara mieni się i brzmi lekko. Piosenki AlascA są nienachalne, wymagają skupienia, ale bardzo ładnie wybrzmiewają i warto się w nie wsłuchać. Panowie potrafią stworzyć wpadające w ucho melodie jak w "Politics" (opowiadającej o tym jak nieprzyjemny potrafi być człowiek: "How can one even bleed in this world filled with greed where one's fall is another Man's pleasure?") i refreny, które za którymś razem nuci się już z Frankiem.
Warto zwrócić uwagę na teksty w piosenkach, za które odpowiada wokalista (o ile to co udało mi się ustalić to prawda). "I Dreamed She Was the Universe" jest przepiękna - tekst, muzyka, śpiew Bonda sprawiający, że czujemy się jakbyśmy przycupnęli gdzieś po cichu i mogli posłuchać zwierzeń wrażliwej osoby, zostali wpuszczeni do czyjegoś intymnego świata. Piosenka jest jeszcze piękniejsza w wydaniu live (kliknij tu), cudownie jest znaleść taki diament, a właściwie lepsze byłoby porównanie jej do znalezienia pierwszej stokrotki na wiosennej łące...to chyba bardziej pasuje do muzyki AlascA. Po pięknej balladzie szybsze tempo nadaje uroczo brzmiąca piosenka na pożegnanie o wiele mówiącym tytule "I Will Go", ewidentnie ktoś dusi się w związku, który kiedyś sprawiał mu radość.
Muzyka AlascA jest ujmująca, przystępna, ale jednak ma w sobie nieuchwytny urok.
Panowie z AlascA śpiewają: "(...)I found my answer in the Arms of the Arts/All revelations true and sublime will find their way into art" czuję podobne, więc tym przyjemniej słucha mi się tej płyty.

Poznaj i pokochaj 

wtorek, 3 stycznia 2017

Meilyr Jones "2013"

Na muzykę Jonesa trafiłam szukając czegoś nowego, świeżego, czegoś co mnie urzecze i wciągnie. Przy okazji poszukiwań trafiłam na parę niezłych rzeczy, ale żadna z nich nie miała "tego czegoś". Tym większą przyjemność dało mi znalezienie muzyki Meilyra.
To solowy debiut wokalisty, już nieistniejącego, walijskiego zespołu Race Horses. "2013" jest owocem emocji związanych z rozpadem zespołu, rozpadem związku i wypadem do Rzymu. Rzym na pewno był inspitracją dla Meilyra. Może stąd ta mieszanka popu z klasyczną muzyką, chociaż przecież mama Jonesa grała na skrzypcach, a on sam ma wykształcenie muzyczne.
Tak czy inaczej ten album mieni się najróżniejszymi melodiami, instrumentami (harfa, instrumenty smyczkowe, saksofon, pianino...) bogactwem w dobrym guście. Bywa wzniośle jak w ostatniej na płycie "Be Soft" i skromniej, ale z dużą emocją jak w "Refugees". Oprócz obfitości różnych instrumentów nie można przegapić przejrzystego głosu Meilyra.
Meilyr podkreśla, że czasem zlepiał swoją muzykę z tym co było. Nie ogranicza czerpania z przeszłości do inspiracji, ale sięga też po konkretne dźwięki np. "Rebel Rebel" Bowiego: "If it’s going to be authentic it should be other people’s music and my music and that’s what the modern world feels like to me, it’s a mess of the past." Może przy tym pochwalić się niezwykłą kreatywnością. Meilyra drażni oczekiwanie ciągłej nowości, oryginalności, która nie wiąże się z przeszłością, która chce się wręcz od niej odciąć: "but the idea of being something completely original, that’s not to do with anyone else… there’s something quite cold and arrogant about that." Jednocześnie nie widzi niczego dobrego w bezmyślnym czerpaniu z przeszłości na zasadzie imitowania tego co było.
Według Meilyra o sztuce mówimy wtedy, kiedy sprawia ona, że czujemy się pełni życia, kiedy wywołuje ona w nas emocje lub kiedy pozwala nam ona widzieć pewne rzeczy inaczej niż widzieliśmy je do tej pory. Trudno mi się z nim nie zgodzić.
Za niezywle ciekawą płytą, która odkrywa przed nami z każdym przesłuchaniem coś nowego, stoi ciekawy człowiek. Zawsze jest to dla mnie miłe odkrycie.


Poznaj i pokochaj


wypowiedzi Meilyra z: thelineofbestfit.com

niedziela, 24 kwietnia 2016

Lianne La Havas "Blood"

Lianne ma przepiękny głos. Ta myśl będzie wam towarzyszyła w czasie słuchania tej płyty albo po prostu przestaniecie myśleć i zaczniecie z zachwytem wsłuchiwać się w te cudowne dźwięki.
Temat płyty to bardzo osobiste opowieści o związkach, miłości, nie tylko tej między partnerami, ale także tej między członkami rodziny.
Mama Lianne pochodzi z Jamajki, a tata z Grecji. Lianne postanowiła w czasie tworzenia tej płyty wybrać się na Jamajkę, te wyprawy były inspiracją dla "Green & Gold". Piosenka jest wesoła, ciepła i jasna, miała podobać się rodzicom Lianne i nic dziwnego, że tak się stało. Także tytuł albumu nawiązuje do tego jak Lianne zaczęła myśleć o swoich korzeniach - do bliskości jaką poczuła do obu krajów z których pochodzą jej rodzice.
Druga płyta Lianne jest bogatsza i bardziej zróżnicowana niż jej pierwszy (piękny) album. Słychać, że tym razem piosenkarka wyszła po za samotne granie z gitarą. "Unstoppable" jest bogate, radosne i przede wszystkim cudownie zaśpiewane. Jednak piosenką, która ukradła mi serce, jako pierwsza z tej płyty, jest "What You Don't Do". Każdy chciałby czuć się tak bardzo zakochany, a ci, którzy są odnajdą dużą przyjemność w śpiewaniu: "I've been saving up my time so I could spend it all on you, on you/Oh, all I need is to see you smile; I've forgotten how to be blue, blue". 
Uwielbiam atmosferę tej płyty i podziwiam wokal Lianne. Miałam szczęście usłyszeć ją na warszawskim  koncercie i zakochałam się w jej głosie jeszcze bardziej. Do tego dochodzi jeszcze ujmująca osobowość i energia, która od niej bije.
Tej płyty chce się słuchać idąc przez wiosenny park na spotkanie z ukochaną osobą.

Poznaj i pokochaj

niedziela, 28 grudnia 2014

James Bay "Hold Back The River" [EP]

James Bay ma na koncie dopiero trzy EP-ki (ta jest właśnie trzecia), był w trasie z równie świeżym zjawiskiem na scenie: Hozierem i został wyróżniony Brit Awards Critic Choice 2015. W 2015 roku możemy spodziewać się jego pierwszego pełnoprawnego albumu. W tempie ekspresowym zaczyna nam błyszczeć kolejny pan z gitarą. Według mnie, takich panów nigdy za dużo.
Jamesa warto obserwować nie tylko dlatego, że został już wyróżniony nagrodą, która przepowiada sukces (a może jest po części jego matką?). Bay ma swoją gitarę i mocny głos, i to jest główny powód dla którego warto się nim zainteresować. Skąd biorą się ci wszyscy utalentowani panowie?
Pierwsza na EP-ce tytułowa "Hold Back The River" jest tą piosenką, która przykuje waszą uwagę  i zachęci do poznawania reszty EP-ki i innych nagrań Jamesa. To taka piosenka, którą śpiewa się na koncertach razem z tłumem i przeżywa jakby dotyczyła każdego z nas. James ma już swój hymn, to pewne.
Równie dobra do tańczenia i śpiewania pod prysznicem albo wśród ludzi (w zależności od odwagi osoby śpiewającej) jest "Sparks". Jest mniej emocjonalna, ale ma bardzo fajną gitarę, więc szala się wyrównuje. Najmniej spektakularna jest "Wait In Line", jej cały ciężar opiera się na głosie Jamesa, ale, spokojnie, ma na czym się opierać, więc jest więcej niż dobrze. Piosenka ma też poruszający tekst, który powinien trafić do wszystkich, którzy na coś czekają.
Ostatni na płycie utwór to zapis występu Jamesa, a właściwie tylko "Hold Back The River". To potwierdzenie tego, że James Bay brzmi pięknie i przekonywująco również na żywo.

Ta EP-ka jest bardzo obiecująca, jestem bardzo ciekawa co James odda nam do rąk w marcu.

 Poznaj i pokochaj

niedziela, 19 października 2014

Nothing But Thieves "Graveyard Whistling" [EP]

Zakochałam się w muzyce Nothing But Thieves.
Zespół ma na koncie jedną EP-kę, oprócz tej, którą tu widzicie, możecie więc na świeżo zapoznać się z całkiem nowym, ciekawym zespołem (nowym, jeśli nie policzymy lat grania po garażach - panowie znają się ze szkoły). To co przykuło mnie do słuchawek za pierwszym razem kiedy ich posłuchałam to głos Conora, który wyśpiewywał linijki w "Emergency" - czasem delikatny, czasem silny, umiejętnie budujący napięcie. Każda z piosenek na tej EP-ce jest na swój sposób piękna i każda pokazuje różne odcienie głosu wokalisty. W poruszającym "Last Orders" głos Conora płynie przez dźwięki bez wysiłku, jest kruchy, delikatny, w "Itch" jest mocny, ostry. Muzycznie panowie tworzą różne przestrzenie od tych gęstych i zamkniętych po otwarte, pełne powietrza, oddechu. Bardzo, bardzo dobrze się tego słucha.
Czekam z niecierpliwością na ich pierwszy album.

p.s EP-kę można za darmo pobrać z oficjalnej strony zespołu (kliknij w "poznaj")


Poznaj i pokochaj

niedziela, 31 sierpnia 2014

George Ezra "Wanted On Voyage"

George Ezra to następny młody (21 lat) artysta, o którym zrobiło się ostatnio głośno. George jak na swoje młode lata ma bardzo dojrzały, głęboki  głos, którym już na początku płyty wygrywa uwagę słuchacza.
To co ma do zaoferowania George pięknie pokazuje świetna pod wieloma względami siódma na albumie, a pochodząca z EP-ki "Did You Hear the Rain?". Zaczyna się wstępem a capella, a później rozwija się w mroczną bluesową piosenkę. "Oh, did I send a shiver/Down your spine?" śpiewa George i aż chce się odpowiedzieć "tak!", bo aż czuć ciarki przechodzące po plecach od tego mocnego wokalu wybrzmiewającego na tle mrocznej muzyki. Na płycie znajdziemy mieszankę folku, bluesa, indie. Piosenki mają raczej prostą formę, cieszą dobre teksty i chwytliwe melodie. Na tej płycie jest wiele pozostających w pamięci momentów, choćby "Budapest" czy "Cassy O' ", które łatwo zacząć nucić razem z ich sympatyczny autorem.
George brzmi dobrze również w mniej przebojowym repertuarze. "Breakaway" rozwija się powoli aż do podbijającego wymowę piosenki chóru na końcu. Piosenka opowiada o dziewczynie z poczuciem wartości zdeptanym przez jej partnera, George oferuje jej schronienie. Bardzo podoba mi się ten spokojny i pełen powagi utwór.
Dla Georga inspiracją dla albumu była jego podróż do Europy, a teraz on zabiera nas w podróż, a za  przewodnika mamy jego chropowaty głos. W wywiadzie dla coupdemainmagazine.com George powiedział, że jedyne czego pragnie to, żeby jego muzyka została w czyjejś pamięci, a już wspaniale by było gdyby stała się ścieżką dźwiękową dla czyichś szczęśliwych dni. Myślę, że jego życzenie właśnie się spełnia, przynajmniej jeśli chodzi o mnie.


Poznaj i pokochaj ponure dźwięki i te weselsze

piątek, 20 czerwca 2014

Years & Years "Real" [EP]


Years &Years dopiero zaczynają swoją muzyczną drogę. "Real" jest ich drugą EP-ką, którą wydali w lutym tego roku, teraz szykują trzecie EP. Na "Real" są właściwie dwie piosenki: "Real" i "Eyes Shut". Reszta to remixsy. Remix jako taki nieczęsto mnie interesuje, więc te też są mi obojętne.
Wokalistą grupy jest Olly Alexander, który spełnia się też jako aktor (m.in "Skins"; "Jaśniejsza od Gwiazd"; "Wielkie Nadzieje") jednak to nie ten fakt zapewnił im umowę z Kitsuné. Pulsująca muzyka i ciekawy głos Olly'ego powinny poprowadzić ich prosto do większych sal. Mam nadzieję, że ich następne dokonania będą równie dobre jak świetne "Real" - co cieszy, świetne nie tylko muzycznie, ale też tekstowo. Do piosenki mamy równie fajny klip w którym występuje Ben Whishaw, z którym Olly grał w "Jaśniejsza od Gwiazd". Olly wytłumaczył, że bardzo podoba mu się sposób w jaki tańczy Ben i chciał, żeby ludzie w klipie tańczyli właśnie tak - jakby byli zahipnotyzowani. Powstał z tego bardzo ładny obrazek.




Poznaj i pokochaj

niedziela, 2 czerwca 2013

Walk the Moon "Walk the Moon"

Na tę notatkę miałam dwóch kandydatów. Coś bardziej poważnego i coś bardziej rozrywkowego. Po poprawie humoru dzięki kandydatowi numer dwa, ten pierwszy album zostawiam na później.
Wiadomo już więc, że Walk the Moon i ich debiutancki album, już pod szyldem wytwórni (wcześniejszy album I Want! I Want!- wydali samodzielnie) to czysta przyjemność, miła rozrywka, która wpływa pozytywnie na nastrój.
Walk the Moon grają pełną radości muzykę, która wpada w ucho. Szybkie gitary, syntezatory i perkusja. Po paru przesłuchaniach można wyśpiewywać refreny razem z panami, energia tych piosenek jest zaraźliwa.
Nie, to nic innowacyjnego, to po prostu, albo aż, dobre, bezpretensjonalne popowe piosenki z wokalem o dużych możliwościach. O młodości i beztrosce jak w ich singlu "Anna Sun", o miłości jak w "Jenny czy "Lisa Baby". Piosenki na lato i na momenty, kiedy chcemy sobie przypomnieć słońce. Walk the Moon nie zdobywa tu raczej szczytu songwritingu, ale jakie te piosenki są fajne.
Moimi faworytami są "Shiver Shiver", gdzie Nicholas Petricca popisuje się swoim falsetem, a człowiek ma ochotę wstać i zacząć tańczyć, efekt "Tightrope" jest podobny.
Na tle tych tanecznych piosenek wyróżnia się "Iscariot", która pokazuje zupełnie inną twarz zespołu. Tę piosenkę się czuje, jest zaskakująco, patrząc na resztę albumu, poruszająca. Pięknie napisana i zaśpiewana zapada w pamięć.
Warto posłuchać jak panowie brzmią na scenie. Ich energia i radość najlepiej wypadają właśnie tam, "Iscariot" przyprawia o dreszcze, a głos roześmianego Nicholasa brzmi świetnie.


Poznaj i pokochaj Shiver Shiver  Iscariot

niedziela, 1 lipca 2012

The Boy Least Likely To "The Law of the Playground"


Ostatnio buszowałam w moich płytach i szukałam czegoś na moment "lato nie chce przyjść, trzeba się uczyć, chcę wakacje" - trochę nadziei, trochę frustracji. Cieszę się, że dzięki temu wróciłam do płyty "The Law of the Playground" (2009).
Ten album jest jak słońce, które prześwieca przez landrynki albo wata cukrowa na którą czekało się w ciepły letni dzień, kiedy jeszcze było się dzieckiem i wierzyło, że w nocy maskotki ożywają i nie zawsze jest to dobra rzecz. Za tę mieszankę niewinnej słodkości, naiwności i smutku człowieka, który już nie może widzieć świata tak jak widzi go dziecko, odpowiadają panowie Pete Hobbs i Jof Owen.
Jof swoim delikatnym głosem opowiada na pierwszy rzut ucha dziecięce historie, jednak kryją się za nimi wcale nie dziecięce myśli i wnioski. Muzyka jest prosta i wesoła, trudno powstrzymać się od uśmiechu, mimo tego, że słowa nie zawsze są tak radosne. To takie małe, puchate, smutne zwierzątko, które bardzo, bardzo chce się przytulić.
W drogę z The Boy Least Likely To wyruszamy przy piosence "Saddle Up", która idealnie pokazuje czym jest ten zespół. Mamy obowiązkowe cymbałki, banjo, skrzypce, wesołą melodię i słowa, które dają poczucie, jakbyśmy wszyscy byli dziećmi zaplątanymi w wielkim dorosłym świecie: I know there is a big scary/World out there just waiting for me/And I didn't want to grow up/But I was just so afraid of/ Being left behind by everyone.
Dobrą wizytówką tej płyty może być też "A Ballon on a Broken String". Jest jakieś poczucie wolności przedstawione przez porównanie siebie do balonu, który urwał się ze sznurka, ale też lęk przed samotnością jeszcze lepiej zdefiniowany w "I keep myself to myself".
Myślę, że mimo tego, że album jest dziecięco słodki nikogo nie powinno zemdlić. Perspektywa naiwnego dziecka pozwala na świeżo spojrzeć na dorosłe sprawy. Panowie zdają sobie sprawę, że In the end everething hast to/Turn back into pumpkin and frogs, ale zadają sobie trud, żeby zapytać: "Czy tak musi być?".

Poznaj i pokochaj

środa, 15 lutego 2012

Lianne La Havas "Lost & Found" [EP]


Na Lianne La Havas natrafiłam przypadkiem. Powinnam ją znać wcześniej z listy BBC, jednak przyznaję, że ledwo zerknęłam na to co zostało przez nich uznane za dobrze zapowiadające się dźwięki w 2012 roku. Zobaczyłam: Skirllex, pomyślałam: "znowu" i wyniosłam się ze strony. Szkoda, ponieważ nie dojrzałam Lianne.
Dziewczyna nie ma jeszcze na koncie debiutu, ale za to wydała ładną EP-kę. Jest na niej akurat tyle utworów, żeby poznać co proponuje Lianne. Nie wiem jak będzie wyglądał jej pierwszy album, ale w tej krótkiej formie poradziła sobie całkiem nieźle.
Pierwsza piosenka na płycie "No Room for Doubt" zaśpiewana razem z Willym Masonem to również najlepszy utwór z EP-ki. Myślę, że niebagatelny wpływ na jakość tej piosenki miał Willy, którego twórczość darzę ciepłymi uczuciami. Nie odmawiam Lianne wpływu na to małe dzieło sztuki, bez niej nie byłoby tej piosenki. Jej przyjemny, jasny głos pięknie współgra z uspokajającym głosem Masona i pięknie wybrzmiewa na tle skromnego instrumentarium.
W "Age" Lianne również towarzyszy tylko gitara. Świetnie to brzmi, tym bardziej jeśli wsłuchamy się w słowa piosenki, w której Lianne śpiewa o uczuciu, które sprawiło jej ból i o nowym uczuciu tym razem do starszego mężczyzny: "So is it such a problem that he's old?/ As long as he does whatever he's told". Właśnie tę piosenkę Lianne usłyszałam jako pierwszą. Wykonała ją w programie "Later with Jools Holland" z takim urokiem, w taki sposób, że nie mogłam oderwać od niej oczu i uszu oczywiście.
Zobaczymy co będzie dalej, na razie warto uprzyjemnić sobie życie słuchając piosenek tej młodej artystki, na jej stronie znajdziecie darmową EP-kę do pobrania.

Poznaj i pokochaj

wtorek, 20 grudnia 2011

Benjamin Francis Leftwitch "Last Smoke Before The Snowstorm"


Benjamin ma 22 lata, w tym roku wydał swój debiut i dołączył do artystów, których poczynania będę śledzić. Same osiągnięcia.
"Last Smoke Before The Snowstorm" to delikatna, senna płyta. Głos Benjamina jest bardzo relaksujący, buduje poczucie, że jest się razem z autorem w jego intymnym świecie. Nie czuję znudzenia słuchając jego subtelnego głosu, na tle smyczków i gitary, chociaż wyobrażam sobie, że niektórzy mogą uznać jego sposób śpiewania za monotonny. Dla mnie ten młody artysta brzmi autentycznie, a wokal odpowiada za przyjemny klimat albumu.
To właśnie ta delikatność, spokój jaki bije z tej płyty nadaje piosenkom dużo uroku i przyciąga mnie do siebie. "Shine" adekwatnie do tytułu błyszcz, to najweselsza pozycja na płycie - przyjemna, niewinna piosenka o życzeniu komuś znalezienia prawdziwej miłości. Do "Pictures" z subtelnym plumkaniem gitary wracam najczęściej. Kończy się prostą, ale przemawiającą do mnie, konstatacją: "You've been around and youve seen,/The way that things work,/But you need a compass to,/Get around your house." Czasem najciężej jest nam zrozumieć swój własny świat.
Teksty Benjamina to na pewno nie jest szczyt oryginalności - są po prostu ładne i niepretensjonalne. Prostota to nie zarzut, wręcz przeciwnie.
Czasem wystarczy, żeby było ładnie, relaksująco i przyjemnie. Jak wtedy kiedy leży się na trawie w ciepły wiosenny dzień, a słońce prześwituje przez liście i ogrzewa nam twarz. Właśnie taka jest ta płyta.


Poznaj i pokochaj: Pictures i Shine

niedziela, 2 października 2011

Ben Howard "Old Pine" [EP]


Ben Howard ma 23 lata i gra folkujące piosenki na gitarze. Nic nowego, młodzi ludzie z akustyczną gitarą pojawiają się na scenie jak grzyby po deszczu, no i świetnie, tym razem z zastępu młodych artystów udało mi się wyłowić Bena.
Ben jest fanem surfingu z Devon, który zrezygnował z dziennikarstwa na rzecz muzyki. Nie wiem jak wychodził mu ten pierwszy zawód, ale nie popełnił błędu wiążąc swoją przyszłość z muzyką.
Główny instrument to oczywiście gitara. Na szczęście nie czuje się znużenia jej dźwiękami i to nie dlatego, że EP-ka jak na takie wydawnictwo przystało jest krótka (cztery utwory), ale dlatego, że Ben łączy jej dźwięki z wiolonczelą, a przede wszystkim dlatego, że jego gra brzmi bardzo emocjonalnie. Tak samo jak jego śpiew. Ben ma mocny, dźwięczny głos. Najwolniejsza "Three Tree Town" opiera swój główny ciężar na zmianach w głosie Bena i płynnie przechodzi w piękną "Old Pine". Myślę, że to ona właśnie może przyciągnąć największą uwagę słuchacza. Rozwija się co raz mocniej podkreślając wokal i skupiając uwagę na refrenie, który chce się pamiętać i śpiewać z Benem. "Old Pine" opowiada o młodości, wspomnieniach ze wspólnych wyjazdów, kiedy świat jest piękny i bezpieczny, a problemy nie istnieją. Nostalgiczna, ale bardzo ciepła piosenka.

Debiut Bena Howarda ma niedługo ujrzeć światło dzienne, wyobrażam sobie, że będzie to pełna emocji płyta, której trzeba będzie poświęcić trochę czasu, żeby dobrze ją poznać, ale nie będzie to czas zmarnowany.

edit: Debiut, zgodnie z przeczuciem, świetny. Muzyka Bena podoba mi się jeszcze bardziej niż na początku, polecam z czystym sercem.

Poznaj i pokochaj

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Foster The People "Torches"


Pod koniec lata miałam sprawdzić, która z płyt wysunęła się na prowadzenie w moim wakacyjnym rankingu i opisać ją tu jako płytę z wakacyjnym znakiem jakości. Lata nie było, ranking to u mnie konstrukt teoretyczny, a moje wakacje mało mają wspólnego z wypoczynkiem. Jednak coś z mojego planu się zachowało: jedna z płyt wysunęła się na prowadzenie w quais letnie dni i dodatkowo sprawiła, że wydawały się one cieplejsze niż były w rzeczywistości.
"Torches" to debiut trzech kolegów z Kalifornii: Mark Foster odpowiada m.in za wokal, Mark Pontius za perkusję, a Cubbie Fink za bas. Ta płyta to eksplozja energii, refreny są chwytliwe, muzyka jest radosna, czuć w niej podekscytowanie.
Wokal Marka jest lekki, czasem relaksuje, czasem dodaje piosenkom jeszcze więcej dobrej energii. Warto posłuchać akustycznych nagrań utworów z "Torches", czy po prostu wykonań na żywo, świetnie słychać w nich jak ciekawym głosem operuje Mark.
Druga na płycie "Pumped Up Kicks" to piosenka, która ściągnęła na zespół zainteresowanie publiczności. Trudno się dziwić - trudno o niej zapomnieć, jak można napisać tak świetną popową piosenkę i nie zostać zauważonym? Panowie zmuszają do tańca i do śpiewania świetnego refrenu.
Utwór jest radosny, ale w warstwie tekstowej opowiada o dzieciaku, który ma zamiar wybrać się z bronią na polowanie i to nie na zwierzęta, a na kolegów. Lubię takie połączenia i okazuje się, że wokalista również. To cecha nie tylko tej jednej piosenki, ale całego albumu, we wpadającym w ucho "Houdini", Mark deklaruje, że czasem chciałby zniknąć. Porywająca "Call It What You Want" opowiada o potrzebie bycia wolnym: o uwolnieniu się od etykietek i oceniania wszystkiego wokół.
Panowie śpiewają o wolności, odwadze do wypowiadania swojego zdania ("Warrant"), miłości ("Love"; "I Would Do Anything for You"), czyli o wszystkim co powinno być tematem piosenek młodych zespołów. Robią to z takim zapałem, że nie sposób oprzeć się tej słonecznej płycie, nawet w mało słoneczne dni.


Poznaj i pokochaj

niedziela, 31 lipca 2011

Ed Sheeran "One Take" [EP]


Edem zainteresowałam się kiedy usłyszałam "The A Team". Ed ma pełnoprawny debiut jeszcze przed sobą, jednak skutecznie, krok po kroku, przygotowywał sobie grunt do jego wydania. Przygotowania obejmują pare EP-ek, sporo zagranych koncertów i klip do "The A Team", która to piosenka o uzależnionej od narkotyków prostytutce, jest pierwszym singlem z nadchodzącej płyty.
Na EP-ce "One Take" znajdziemy dwa utwory. "Wayfaring Stranger" to cover wersji Jemiego Woona, ta piosenka opowiadająca o podróży przez życie sięga korzeniami XVIIIw. Drugi utwór "UNI" to piosenka o nie do końca szczęśliwej miłości. Po tych dwóch piosenkach czy po tych, które słyszałam, a których tu nie ma, nadal nie do końca wiem czego spodziewać się po albumie Eda. Ed łączy akustyczne granie z rapem, nie ucieka od popu, używa loopów - grając na żywo tworzy je na poczekaniu, śpiewa słodkim głosem i wygląda jak kumpel ze szkolnej ławki. Uh.
Nie wiem co usłyszę na jego debiucie, ale czekam na "+", żeby przekonać się czy warto było czekać. Póki co ta EP-ka, pierwszy, a także drugi świetny singiel "You Need Me, I Don't Need You", przekonują mnie, że nie czekam na darmo.

"One Take" można za darmo pobrać ze strony Eda.

edit: Okazuje się, że płyta Eda nie spełniła moich oczekiwań, chociaż nadal jest na niej pare fajnych piosenek. Zobaczymy co będzie dalej Ed, na razie jest za słodko.


Poznaj i pokochaj

czwartek, 14 kwietnia 2011

Ezra Furman & The Harpoons "Banging Down the Doors"


Nie wiem czy miłość od pierwszego wejrzenia rzeczywiście istnieje, ale jestem pewna, że istnieje miłość od pierwszego usłyszenia. Ta płyta i uczucia, które do niej żywię są dowodem.
"Banging Down the Doors" to debiut Ezry i kolegów z 2007 roku i pierwszy ich album, który usłyszałam i pokochałam. Obecnie panowie szykują się do wydania nowego krążka, ale myślę, że zanim będzie można wysłuchać "Mysterious Power" wygrzewając się w majowym słońcu, można poświęcić trochę czasu na niesamowite "Banging Down the Doors". Zero strat, czysty zysk.
Ezra ma dwie rzeczy, których nie można przecenić: świetne pióro i charakterystyczny głos. Sposób w jaki śpiewa nie każdemu przypadnie do gustu, ale inni pokochają od razu ten "niewygodny", zawodzący, beztrosko fałszujący wokal. Jeśli taki wokal to nie jest wasz chleb powszedni zawsze warto dać Ezrze i sobie trochę czasu, inaczej może was ominąć znajomość z inteligentną, utalentowaną osobą.
Charyzmatyczny wokalista nie byłby jednak aż tak zachwycający bez swoich świetnych tekstów. Ezra w każdej piosence opowiada jakąś historię, jest przy tym błyskotliwy, a jego teksty są oryginalne. W "I Wanna Be a Sheep" Ezra przejmująco prosi o jedno: chce być owcą; chce być posłuszny swojemu pasterzowi, czy raczej pasterce, dla niej chce porzucić życie drapieżnika i krwawić jak owca. Ładna metafora. W "I Wanna Be Ignored" Ezra również przedstawia swoją prośbę, tym razem o to, żeby go ignorować : "I wanna be ignored(...)I don't want anybody to notice/The blood spilling out of my exploding heart". Niektórzy na pewno poczują, że świetnie rozumieją o co mu chodzi, kiedy ironicznie prosi, żeby nikt na niego nie patrzył, bo on chce tylko po cichu uszczęśliwiać innych.
Na albumie w użyciu jest przede wszystkim gitara akustyczna, harmonijka, ale gitara elektryczna i mocna perkusja czują się tu równie dobrze. Muzyka jest surowa, nieprzekombinowana, świetnie pasuje do ekspresji Ezry i robi odpowiednio dużo miejsca dla jego tekstów, w które wręcz należy się wsłuchać.
Album jest nerwowy, ma się wrażenie, że Ezra ma dużo do powiedzenia, ale ciągle ma za mało czasu. Płyta nie jest przez to niedopracowana, to chyba po prostu cecha twórcy, która wpływa naturalnie na tkankę albumu i mieszka w pełnej energii muzyce między szybkimi dźwiękami gitary i linijkami ciekawych historii.

poniedziałek, 31 stycznia 2011

Cage The Elephant "Thank You, Happy Birthday"

Trzy lata po debiucie z nową płytą wraca Cage The Elephant. Te trzy lata panowie najwyraźniej spędzili na słuchaniu nowej muzyki i na dalszym utwierdzaniu się w tym, że warto mieć swoje zdanie.
"Always Something" otwiera płytę skutecznie przykuwając uwagę. Matt śpiewa o tym, że zawsze czeka na nas coś niemiłego czego nie da się przewidzieć. Wyobrażam sobie jak świetnie śpiewałoby się refren w czasie koncertu.
Cage The Elephant wprost mówili co im się nie podoba i tym razem też tak jest. W "Indy Kidz" ironicznie opowiadają o tych, którzy bardzo chcieliby być inni, a koniec końców są tacy jak reszta. Piosenka jest agresywna, pełna zgrzytów, Matt niedbale wyśpiewuje kolejne linijki, a resztę przestrzeni wypełnia jego histeryczny krzyk.
Na "Thank You, Happy Birthday" Cage The Elephant nie zgubili nic ze swoich zdolności do tworzenia melodyjnych piosenek, a jednocześnie napełnili je większą agresją, rytm jest często poszarpany, a charakterystyczny głos Matta częściej niż poprzednio służy do wykrzykiwania linijek, całkiem sensownych (jak zawsze), tekstów.
Buntowniczy charakter panowie pokazują jeszcze m.in w "Sell Yourself". Głos na granicy omdlewającego jęku, chaotyczny, surowy dźwięk gitar w tle, cudowny szał młodych ludzi - co ciekawe jest to bardzo odświeżające na tle innych, młodych zespołów.
"Shake Me Down", słusznie zostało wybrane na pierwszy singiel. Zaczyna się delikatnie, jednak co chwilę zmienia prędkość świetnie podkreślając tekst o tym, że kiedyś było ciężko: "In my past, bittersweet,(..)/Lonely times indeed,/With eyes cast down,/Fixed upon the ground", ale teraz czas patrzeć w bardziej optymistycznym kierunku.
Na płycie znalazło się też miejsce na balladę - "Rubber Ball" udowadnia, że Shultz może brzmieć subtelnie.
Nowa płyta panów z Kentucky nie rozczarowała mnie, jest wręcz przeciwnie. Podoba mi się to, że wzbogacili dźwięk, tym razem pchnęli go też na mocniejsze tory, jednocześnie pokazali też swoją delikatniejszą stronę. Teksty nadal mówią o rzeczach ważnych, a Matt, pokazał, że jego głos ma różne odcienie. Bardzo ważna jest też energia i pasja, której znowu im, na szczęście, nie zabrakło.

Poznaj i pokochaj

sobota, 17 lipca 2010

Bombay Bicycle Club "Flaws"


Właściwie cieszę się, że nie napisałam o pierwszej płycie tego zespołu, że najpierw piszę o "Flaws". Może dzięki temu co niektórym będzie trudniej przyczepić panom etykietkę.
Bombay Bicycle Club wygrali w 2006r. konkurs (w niepokojąco wczesnym wieku ok. 16 lat), który pozwolił im na zaprezentowanie się publiczności na V Festival, a później zostali nazwani przez NME tak lubianym przez tę gazetę określeniem "the hottest band", co jak wiadomo ma swoje dobre (usłyszeli o tobie) i złe strony (ogólnie - NME nie ma według niektórych za dobrej renomy). Jednak zajmijmy się tym co w muzyce powinno być najważniejsze, czyli muzyką właśnie.
Pierwsza, bardzo dobra, płyta panów zatytułowana "I Had The Blues But I Shook Them Loose" była propozycją gitarowego, melodyjnego grania z drżącym głosem Jacka Steadmana jako znakiem rozpoznawczym.
"Flaws" to natomiast płyta akustyczna. Bardzo ucieszyła mnie wiadomość, że panowie zaplanowali swój drugi album właśnie jako taki. Okazało się, że ci, którym wydaje się, że wiedzą wszystko: jak zespół się rozwinie, co powinien zrobić, a czego nie, nie przewidzieli takiego obrotu sprawy. W końcu jak możemy przeczytać na myspace zespołu w rubryce wpływy: "decide for yourself". Ta decyzja jest z kategorii tych odważnych.
Na płycie mamy pare piosenek, które panowie wcześniej już wydali - jednak tutaj pojawiają się w nowej formie, a także dwa covery - Johna Martyna i Joanny Newsom. Reszta to nowe utwory za które odpowiada głównie wokalista zespołu.
"Flaws" jest ciepła i delikatna. Jack zachwyca rozedrganym, kruchym wokalem i ładunkiem emocji, który przelewa w te skromne piosenki. Akustyczna wersja "Dust On The Ground" uderza z podwójną siłą, to bardzo wzruszająca kompozycja. Wesoła "Ivy & Gold", w której usłyszymy banjo, wyrywa z tego nastroju i wywołuje na twarzy uśmiech. Tuż za nią usłyszymy jedną z najpiękniejszych na płycie piosenek, niewesołą "Leaving Blues": "Breathing the smoke of the train/Keep the side of you aflame/I'm sure you know that I'm leaving" śpiewa, w niezwykle poruszający sposób, Jack.
"Flaws" to "mała", piękna płyta. Panowie to bardzo młodzi, ale widać, że dojrzali ludzie, ich płyta (czy może w większości raczej płyta Jacka) pozostawia mnie w miłym poczuciu poznania sympatycznej, wrażliwej osoby. Kto wie jak będzie wyglądał trzeci album Bombay Bicycle Club, oby nam się tylko chłopcy nie zepsuli.


Poznaj i pokochaj

niedziela, 2 maja 2010

Jónsi "Go"


Każdy kto lubi Sigur Rós pewnie już sięgnął lub sięgnie po tę płytę i chyba nie potrzebuje do tego szczególnej namowy. Za to byłoby świetnie gdyby solowy debiut wokalisty Sigur Rós zainteresował tych, którym do tej pory było nie po drodze z dźwiękami Islandczyków.
Słuchając ostatniego albumu Sigur Rós czuło się zmiany, więc można było się spodziewać jak będzie wyglądała płyta Jónsiego - dwa słowa: radość i kolory.
Pierwsza na płycie "Go Do" to hymn na cześć życia, siły, którą nosimy w sobie i w którą zawsze powinniśmy wierzyć. Muzyka podnosi na duchu, a niezwykły głos Jónsiego sprawia, że słuchaczowi chce się żyć, nawet jeśli przed chwilą nie miał na to ochoty. Ten pozytywny nastrój utrzymuje się w rytmicznym "Animal Arithmetic", tak wesoło Jónsi nie brzmiał jeszcze nigdy.
Teksty są dość proste, co pewnie wynika również z tego, że tym razem Jónsi śpiewa po angielsku (jednak pare razy islandzki też usłyszycie). Ton tych piosenek jest trochę naiwny, w ten najpiękniejszy, dziecięcy sposób (którego często mi brakuje nie tylko w muzyce), co w żaden sposób nie wyklucza dojrzałości. Jónsi należy do tej wybranej grupy, która to rozumie.
Jednak "Go" to nie tylko eksplozja radości. Obok prawdziwego wulkanu szczęścia, pojawia się smutek i strach, jednak zawsze kryje się za nimi nadzieja.
Po pierwszych dwóch piosenkach słyszymy "Tornado", które mimo tytułu jest wyciszoną piosenką o samodestrukcji i o nadziei na to, że kiedyś będzie można po prostu być. Jednak już w "Boy Lilikoi" Jónsi wzywa do otrząśnięcia się, do tego, żeby dać sobie szansę i zacząć żyć: "Just say no more, use your eyes, the world goes and flutters by/Use your eyes, you'll know you are" i robi to na tle buzującej zupy dźwięków przygotowanej z gitar, fletów, bębnów.
Debiut Birgissona to płyta o zmaganiu się ze sobą, z tą naszą stroną, która nas niszczy i przede wszystkim o zwycięstwie, o tym, że można, że się da. Ten optymizm jest zaraźliwy. Z takim głosem i osobowością Jónsiemu ciężko jest chyba zrobić coś co nie przypadłoby mi do gustu, a raczej nie wpadło w ucho i nie zamieszkało w sercu.

Poznaj i pokochaj

niedziela, 8 lutego 2009

Kyte "Kyte"


Kyte to jeden z tych zespołów, które tworzą piosenki jakby stworzone do samotnych wycieczek w góry, do lasu albo na inne fiordy. Siedem piosenek sprawi, że nagle zobaczysz jak piękna jest natura, a ptaki zaczną śpiewać inaczej. Nawet jeśli brzmi to nie wiadomo jak naiwnie czy infantylnie, to tak właśnie jest.
Panowie pochodzą z Wielkiej Brytanii. Na razie na koncie mają tylko debiut, jednak nowa EP-ka już się pojawiła, więc czekamy na następny album. A czekamy słuchając debiutu...
"Kyte" to płyta nastrojowa i magiczna. Piosenki są delikatne i pełne przestrzeni. Panowie przenoszą nas do zupełnie innego świata. Album otwiera "Planet", zjawiskowo piękna i przejmująca: "Stop with the worst as you wait for the shallow/And chase after castles like there's no tomorrow/Sometimes dust flies up". Na tle subtelnej, kruchej, jednak pełnej wewnętrznej mocy muzyki, wspaniale wybrzmiewa wokal Nicka Moona, kiedy w "Boundaries" śpiewa: "Hear silence choking you, listen to the world", człowiek czuje, że najchętniej rozpłynąłby się w tym ulotnym, trochę nierzeczywistym głosie i takiej samej muzyce.
Ta płyta przynosi wyciszenie, jest coś czarującego i wzruszającego w muzyce chłopaków z Kyte. Mroźna atmosfera z rozedrganymi refleksami, zapierające dech w piersi widoki, emocje, które można wyrazić tylko pośrednio - taką to muzykę dla duszy stworzyło paru młodych ludzi na debiutanckim albumie, miejmy nadzieję, że to dopiero początek. Dobry początek.


Poznaj i pokochaj