Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mrok. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mrok. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 listopada 2014

Sivu "Something on High"

Pod pseudonimem Sivu ukrywa się młody Brytyjczyk James Page. "Something On High" to jego debiut. O Sivu mogliśmy usłyszeć już trochę wcześniej za sprawą piosenki "Better Man Than He" i towarzyszącemu jej klipowi przedstawiającego Sivu śpiewającego w... aparacie do MRI, czyli do wykonywania rezonansu magnetycznego. Oryginalny obrazek na szczęście jest tłem dla świetnej piosenki, a nie czymś co wysuwa się na pierwszy plan.
Pierwsze co mnie urzekło to (oczywiście) głos Sivu. Jest miękki, ciepły, czasem przechodzi w falset. Stworzony do śpiewania niebanalnych tekstów.
Na albumie odnajdziecie dużo nawiązań do religii, jednak Sivu nie zalicza się do osób religijnych. Religijne odniesienia mają raczej tworzyć pewien obraz, pokazywać niepokój, otwieranie nowego etapu, a religijna metafora wydała mu się idealna. Sivu przeprowadził się do Londynu i próbował odnaleźć się w nowej rzeczywistości, na płycie opowiedział o swoich przeżyciach z tego okresu, o nowym początku np. ciężkie, mroczne "Love Lives In This House" powstało w momencie, kiedy James czuł się samotny, w mieszkaniu wynajmowanym z obcymi osobami.
Jednym z najbogatszych utworów ze smyczkami, bębnami i głośniejszymi gitarami jest "Miracle (Human Error)", który jest też "głośnym" i mocnym punktem na płycie z powodu poruszającego tekstu zaśpiewanego z dużym zaangażowaniem. Mamy też na płycie jaśniejsze punkty jak "Can't Stop Now" opowiadająca według słów autora o byciu w zespole, nie rezygnowaniu z tego co się robi. Bez znajomości tej interpretacji mogłabym uznać, że piosenka opowiada o czymś innym - i to jest siła jego twórczości. Teksty są osobiste, ale napisane tak, że stają się uniwersalne, każda z tych piosenek może być naszą prywatną historią.
Mam nadzieję, że skromy i sympatyczny Sivu, zasłuży sobie swoimi poruszającymi piosenkami na miejsce w waszych głowach i sercach. Jak cudownie byłoby usłyszeć go na żywo.

Poznaj i pokochaj

Cała płyta do odsłuchania

niedziela, 3 listopada 2013

Editors "The Weight of Your Love"

Nowa płyta Editors to jak zawsze zmiany w muzyce, jednak tym razem to też zmiany w składzie. Z zespołu odszedł Chris Urbanowicz. Oczywiście na początku oficjalnym powodem takiej zmiany były różnice w postrzeganiu muzycznej przyszłości zespołu, ale jak przewinęło się później tu i ówdzie panowie po prostu przestali się dogadywać. Na jego miejsce weszło dwóch panów Justin Lockey i Elliott Williams. Jest to zmiana niemała, ponieważ Chris nie tylko należał do zespołu od początku jego istnienia, ale dźwięk jego gitary czy syntezatorów miał duży wpływ na brzmienie zespołu.
Panowie, po trzeciej płycie, na której syntezatory odgrywały główną rolę, znowu dali szansę gitarom. Jest to zdecydowanie bardziej rockowa płyta. Znalazło się też sporo miejsca dla smyczków.
"The Weight of Your Love" zaczyna "The Weight". Mocna i mroczna. Tom swoim głębokim głosem obiecuje: "I wouldn't sing about death", którą to obietnicę oczywiście łamie tą piosenką. Jednak głównym tematem płyty jest miłość. Po Editors nie możemy spodziewać się słodkich utworów o tym uczuciu, które napędza pewnie 3/4 twórczości na świecie. Miłość na tej płycie jest uczuciem trudnym, wiąże się z rozstaniami, bólem, ciężarem, który nas przytłacza, ale też, jak w przebojowej "A Ton of Love", z pożądaniem.
Piosenka za piosenką Editors nie schodzą poniżej wysoko ustawionej poprzeczki, każda z piosenek jest warta zapamiętania i chyba żadna z nich nie nastręczy trudności w tym temacie.
Tom na tej płycie pozwala nam poznać trochę inną stronę swojego głosu, wysoko, z bardzo dobrym efektem śpiewa m.in w "What Is This Thing Called Love". Jest to bardzo bezpośrednie i wzruszające wyznanie o końcu uczucia.
Ciekawą zmianą w zespole, która zaszła w raz z pojawieniem się dwóch nowych członków, jest pojawienie się nowego wokalu, który zdecydowanie nie jest na pierwszym miejscu, ale jest tłem lub jest obok głosu Toma. Jednak jest to duża nowość, do tej pory Tom rządził niepodzielnie na tym stanowisku. Autorem tej zmiany jest Elliott Williams, jestem jak najbardziej za, wokal Williamsa współgra z głosem Toma i jest po prostu ciekawy.

Każda płyta Editors jest inna, tak samo jest z tą. Ten zespół mnie nigdy nie zawiódł, każde ich wcielenie było dla mnie udane, nawet to bardziej elektroniczne. Muzyka zmienia się tak jak zmieniają się ludzie, którzy ją tworzą. Dla mnie każda zmiana w brzmieniu Editors jest tak samo satysfakcjonująca. "The Weight of Your Love" to świetna płyta z piosenkami stworzonymi do koncertowych szaleństw, jak "Formaldehyde" i z tymi skromniejszymi, jak piękna "Nothing". "The Weight of Your Love" będzie ładnie wyglądało na mojej półce i to nie tylko dzięki przyciągającej wzrok oprawie graficznej.


Poznaj i pokochaj

piątek, 28 grudnia 2012

Jeff Zentner "A Season Lost"

Trochę zabrało mi zebranie się do napisania tej recenzji. Bardzo chciałam napisać o Jeffie tak, żeby zachęcić do wsłuchania się w jego muzykę i tak, żeby oddać jej sprawiedliwość. Muzyka Jeffa nie jest łatwa, jego piosenek nie można zanucić po jednym usłyszeniu i pewnie nie zdobędzie list przebojów, ale bardzo chciałabym, żeby miał szansę na większą rozpoznawalność niż obecnie.
Jeff pochodzi z Nashville i jest bardzo dumny ze swojego pochodzenia. Nie jest debiutantem, przed sobą macie jego trzecią płytę, a oprócz solowych albumów ma na koncie płyt z Creech Holler. Czy z zespołem czy solo Zentner nie brzmi pogodnie. Zakurzone, puste amerykańskie drogi są na pewno świetnym tłem dla muzyki, którą tworzy.
"A Season Lost" jest krystaliczna, powolna, głos Jeffa przenika bez trudu przez muzykę i staje się głównym bohaterem piosenek. Jego wokal jest bardzo uspokajający, każe zamknąć oczy i wsłuchać się w słowa. Te nie rozpędzają mgły. Miłość ma u Jeffa więcej wspólnego z melancholią, obawą i smutkiem niż z nagłymi porywami serca. Przy tej muzyce trzeba się skupić, zatrzymać, żeby móc chłonąć mroczną atmosferę, ale też, żeby dać sobie szansę na docenienie tych nieśpiesznych dźwięków.
Jeffa wokalnie i instrumentalnie wspierają tu i tam różni goście m.in Elin Palmer i Rykarda Parasol, pięknie dopełniając brzmienie poszczególnych piosenek. Świetnie widać to choćby w tytułowej "A Season Lost" w której delikatny głos Shanti Curran (Arborea) brzmi w baśniowy, nieziemski sposób, splatając się bez wysiłku z przykuwającym uwagę wokalem Jeffa.
Cudownie słucha się tej płyty w nocy, patrząc na zimowe niebo i zamrożony krajobraz w którym życie jest ciche i trudne do zauważenia, ale wciąż obecne i silne, pulsujące pod szarością i smutkiem nagiego świata. Brzmienie innego, tajemniczego miejsca.


Cała płyta do darmowego przesłuchania klik

sobota, 15 września 2012

We Are Augustines "Rise Ye Sunken Ships"


We Are Augustines to jeden z tych zespołów, których poczynania mam przyjemność śledzić od początku ich działalności, dzięki czemu dane mi jest cieszyć się z ich każdego sukcesu tak jakby dotyczył kogoś mi bliskiego.
Po rozpadzie zespołu Pela Billy McCarthy i Eric Sanderson (perkusista Rob Allen dołączył do zespołu później) założyli Augustines, który później przemianowali na We Are Augustines. Pierwszą piosenką, którą panowie chcieli pokazać światu była "Book of James", poruszająca bardzo smutny temat; dotykająca bardzo intymnych spraw z życia McCarthy'ego.
Cała płyta jest taka, McCarthy przelał w te piosenki swój strach , bezradność i ból, to płyta o zmaganiu się z życiem. Wspomniana "Book of James" opowiada o bracie McCarthy'ego, który przez większość swojego niedługiego życia zmagał się z uzależnienie od narkotyków, bezdomnością, a przede wszystkim ze źródłem swoich problemów, czyli schizofrenią. James powiesił się podczas pobytu w szpitalu psychiatrycznym w momencie kiedy zespół brata - Pela właśnie się rozpadał. Bracia (i siostra) nie znali swojego ojca, a dzieciństwo spędzili w zakładzie opiekuńczym, ponieważ ich matka z powodu schizofrenii nie była w stanie się nimi zaopiekować. McCarthy miał 19 lat, kiedy jego matka przedawkowała leki przeciwbólowe i  kokainę. Sanderson ma równie niewesołą historię rodzinną wypełnioną uzależnieniami i chorobami psychicznymi.
Historia obu panów jest przytłaczająca, jednak nie bójcie się wziąć ich płyty do ręki.Album jest pełen siły z którą człowiek czepia się życia. To ogromna dawka problemów jak na jedna płytę, ale jak już raz poczuje się moc tej płyty to nie można odłożyć jej spokojnie na półkę.
Równie mocna, jak słowa piosenek, jest muzyka panów i głos McCarthy'ego. Muzyka jest "przybrudzona", pełna siły, czasem podniosła. Głęboki głos wokalisty łamie się, jakby pod ciężarem słów, które wyśpiewuje. Pierwsze co mi przyszło na myśl kiedy usłyszałam jego głos to kawałek nieociosanego drewna, który jest pełen drzazg.Kocham moment kiedy w, pierwszej na płycie, piosence o utraconej miłości ("Chapel Song"), McCarthy śpiewa tym pełnym rozpaczy głosem: "And I shake shake shake like a leaf/And I'm lyin' lyin' lyin' through my teeth/I got a pocket full of handshakes/And it don’t mean nothin’".
Ta płyta jest na pewno jakąś formą terapii dla jej twórców, ich szczerość onieśmiela."Rise Ye Sunken Ships" porusza i daje do myślenia jak bardzo silny, mimo wszystkich siniaków jakich dostarcza mu życie, może być człowiek.

Poznaj i pokochaj

niedziela, 26 czerwca 2011

Erland & The Carnival "Erland and the Carnival"


"Erland and the Carnival" (2010 r.) to debiut wokalisty z Orkadów (wyspy na północ od Szkocji) Gawaina Erlanda Coopera, Simona Tonga, który grał m.in z The Verve, Blur, The Good, the Bad & the Queen i Davida Nocka, który pracował m.in dla The Fireman, czyli Paula McCartneya i The Charlatans. Debiut będący mieszanką coverów, nowych piosenek zainspirowanych starymi, folku i galopującego rytmu. Nie wiem czy brzmi to szczególnie ekscytująco, na pewno ekscytująca jest płyta.
"Erland and the Carnival" zaczyna majestatyczna "Love is a Killing Thing", ta tradycyjna szkocka piosenka w wykonaniu panów brzmi mrocznie i z sekundy na sekundę staje się coraz bardziej intensywna i hałaśliwa. Dźwięczny głos Erlanda wyraźnie odcina się na tle muzyki. Kiedy słyszę jak śpiewa mam przed oczami obraz dostojnej osoby, która z namaszczeniem wypowiada każde słowo, szczególnie rytmiczna "You Don't Have to be Lonely" przywołuje takie obrazy. Piękny głos do mojej kolekcji.
Myślę, że talent panów do inteligentnego czerpania z kulturowo-informacyjnego worka pokazuje szczególnie jedna piosenka: "The Derby Ram". Niesamowite jak coś o mocno utrwalonym kształcie może nagle stać się plastyczne pod naciskiem odpowiednich rąk. "The Derby Ram" to stara angielska piosenka o wielkiej owcy. Piosenka Erlanda i zespołu opowiada o chłopaku, który w centrum Derby zachęcany przez tłum gapiów popełnił samobójstwo skacząc z wielopiętrowego parkingu. Historia jest szokująca i daje do myślenia. Panowie oparli tekst na podstawie artykułu z gazety. Zaskakujące połączenie tematów.
Cała płyta wykorzystuje róże wątki np. "Everything Came Too Easy" zainspirowało przemówienie Charlesa Van Dorena, który w 1957 stał się gwiazdą wygrywając ok. 1 miliona dolarów w telewizyjnym show. W przemówieniu przyznał się do oszustwa wywołując tym spory skandal.
Jak widać Erland & The Carnival potrafią czerpać z wielu źródeł i zbudować na ich podstawie nową jakość, również muzyczną - folk przemieszany z punkowym zacięciem i psychodelią stwarza odpowiednie tło dla interesujących historii.


Poznaj i pokochaj

niedziela, 20 marca 2011

Lykke Li "Wounded Rhymes"


Zacznijmy od tego, że nie mam pojęcia jak brzmi pierwszy album tej szwedzkiej wokalistki. Chyba muszę powalczyć z tym, że kiedy o jakimś artyście mówi się z hurraoptymizmem w strefie internetowo-muzycznej to jakoś nie za bardzo chce mi się sprawdzić: "o co w tym wszystkim chodzi". Po usłyszeniu "Wounded Rhymes" (za którego produkcję odpowiada Björn Yttling z Peter Bjorn and John) na pewno sięgnę po debiut Li, chociaż ponoć nie przypomina jej nowego wydawnictwa.
Pierwsze co mnie urzekło na "Wounded Rhymes" to gęsta, ponura atmosfera i czasem mocny, ostry, a czasem tajemniczo brzmiący wokal. Natomiast pierwszą piosenką do której wróciłam było, wybrane na singiel, "I Follow Rivers". Pełna pasji, rytmiczna piosenka o całkowitym oddaniu drugiej osobie została świetnie zilustrowana prostym, ale bardzo adekwatnym klipem.
Cały album poświęcony jest tematowi miłości, dojrzewania i to raczej nie pozytywnym emocjom, które mogą się z tym wiązać. W powolnej "Sadness Is A Blessing" Li śpiewa: "Every night I rant, I plead, I beg him not to go/Will sorrow be the only lover I can call my own?", nieudany związek wydaje się głównym natchnieniem dla tej płyty.
Jednak Li wcale nie wchodzi w rolę słabej, opuszczonej kobiety, wręcz przeciwnie; w tym albumie jest siła, jest ta wielka, dobra energia, którą uwielbiam u artystek. Jest też delikatność i melancholia jak w "I Know Places", ale nie ma poczucia, że ten smutek to smutek ostateczny. Myślę, że nie przez przypadek płytę kończy "Get Some", które brzmi jak wyzwanie, groźba, a nie zachęta: "Like a shotgun needs an outcome/I'm your prostitute, you gon' get some", Li rzuca czar w towarzystwie plemmienych bębnów.
Li stworzyła osobistą, pełną łatwych do zapamiętania melodii i wyraźnych rytmów, płytę, która wydaje się sposobem na uwolnienie od chaosu i wszystkich odcieni emocji, które towarzyszą otrząsaniu się z minionego związku. Oj, i jak pięknie to brzmi.


Poznaj i pokochaj

sobota, 13 marca 2010

These New Puritans "Hidden"


These New Puritans wydali drugą płytę, dają nam nią do zrozumienia, że mają duże ambicje, ale też ogromne możliwości.
"Hidden" to mocna płyta, zespół brzmi na niej jak zdyscyplinowana, dobrze naoliwiona maszyna. Nie spodziewajcie się miłych, delikatnych dźwięków, przyszykujcie się na atak ostro zarysowanego rytmu. Na "Hidden" prawie nie ma gitar, jest za to chór, orkiestra z Czech i japońskie bębny Taiko.
"Time Xone" wprowadza nas gładko i bezboleśnie w klimat płyty, "We Want War" skutecznie wyprowadza nas z tego bezpiecznego miejsca. Łamiący się głos Jacka Barnetta świetnie sprawdza się w mrocznych, na wpół skandowanych, piosenkach, a jego szepto-śpiew niepokoi.
"Attack Music" to bardzo adekwatny tytuł dla numeru pięć na płycie (mojego ulubionego). Mechaniczny rytm, hipnotyczne bębny, tłuczone szkło i dźwięk ostrzonego noża, a do tego chóralnie wyśpiewany refren. Chór usłyszymy na tej płycie często. Główną osią mistycznego "Orion" jest właśnie chór i powolne uderzenia w bęben.
Ta płyta to dzieło perfekcjonisty, każdy dźwięk wydaje się mieć idealnie dla siebie wykrojoną przestrzeń. Mimo różnorodności zastosowanych efektów, nie ma uczucia zbytniego przesycenia czy przytłoczenia, wręcz przeciwnie - czuje się przestrzeń, a piosenki unoszą się w zawiesinie tajemniczości i sprawiają, że mamy uczucie uczestniczenia w jakimś religijnym misterium (vide "Orion").
Mimo pojawiającej się orkiestry "Hidden" wypełnia zimna, surowa muzyka. Końcowe "5" trochę łagodzi klimat i rozgania chmury, ale tylko na tyle, żeby zrobiło się szaro, ale, żeby przypadkiem nie zrobiło nam się zbyt wesoło.


Poznaj i pokochaj

wtorek, 24 listopada 2009

Editors "In This Light And On This Evening"


Editors niedawno ukazali światu swoją trzecią płytę. Zmienili na niej gitary na syntezatory. I co z tego wyszło? Oto dwa cytaty do wyboru: "it might be the best album Editors have yet produced" (BBC) lub "everything you don't want to hear from a band that once had something to offer" (Strangeglue). Ja stawiam na ten pierwszy.
Ta płyta to coś zdecydowanie zaskakującego i to już od pierwszego, tytułowego, utworu - "In This Light And On This Evening". Piosenka zaczyna się groźnie - Tom Smith niskim głosem wyśpiewuje: "I swear to god/I heard the earth inhale", aż człowiek ma ciarki. Może być to dość duży szok dla niektórych fanów.
Panowie na pierwszy singiel wybrali "Papillion", który świetnie reprezentuje płytę i pozostaje w pamięci dzięki świetnej linijce: "It kicks like a sleep twitch!" i dramatycznemu, syntezatorowemu klimatowi.
Niezwykle ciekawa i przyciągająca uwagę jest piąta z dziewięciu piosenek na płycie, czyli "The Big Exit". Znowu mamy tu zupełnie nowego ducha Editors, Tom tym razem śpiewa w wyższych rejestrach na tle mechanicznej, ponurej muzyki.
Największe wrażenie zrobił na mnie przedostatni utwór - "Eat Raw Meat = Blood Drool". Jest mocny, dramatyczny, ostry. Brzmi naprawdę świetnie, a na żywo jest jeszcze potężniejszy.
Editors stworzyli bardzo ciekawą płytę, nie tylko dlatego, że inną od tego co wcześniej nagrali. Zanurzenie się w jej klimat sprawia dużą przyjemność. Warto, żeby posłuchali tej płyty ci, którzy do tej pory nie przepadali za Editors. Może panowie trafią do nich z tą propozycją.


Poznaj i pokochaj