Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świeżość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świeżość. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 grudnia 2017

AlascA "Actors & Liars"

"Actors & Liars" to debiut holenderskiej grupy AlascA z 2012r. Trafiłam na nich przypadkiem, grzebiąc w odmętach YouTuba i od razu spodobał mi się piękny głos Franka Bonda. O zespole nie wiem nic ponad to, że pracuje nad trzecim albumem i tworzą go Holendrzy. Wynika to z faktu, że nie mogę pochwalić się znajomością holenderskiego, a prawie wszystkie materiały o zepole są w ich ojczystym języku - AlascA nie może poszczycić się międzynarodową sławą. Szkoda, bo tworzy bardzo przyjemną muzykę, a jak mogę zapewnić po zapoznaniu się z drugim albumem, zespół się rozwija i zmienia.
Jednak wróćmy do pierwszej płyty. To bardzo przyjemne folkowe granie. Ciepły, miękki głos Bonda otula słuchacza, w tle plumka banjo i bas, a gitara mieni się i brzmi lekko. Piosenki AlascA są nienachalne, wymagają skupienia, ale bardzo ładnie wybrzmiewają i warto się w nie wsłuchać. Panowie potrafią stworzyć wpadające w ucho melodie jak w "Politics" (opowiadającej o tym jak nieprzyjemny potrafi być człowiek: "How can one even bleed in this world filled with greed where one's fall is another Man's pleasure?") i refreny, które za którymś razem nuci się już z Frankiem.
Warto zwrócić uwagę na teksty w piosenkach, za które odpowiada wokalista (o ile to co udało mi się ustalić to prawda). "I Dreamed She Was the Universe" jest przepiękna - tekst, muzyka, śpiew Bonda sprawiający, że czujemy się jakbyśmy przycupnęli gdzieś po cichu i mogli posłuchać zwierzeń wrażliwej osoby, zostali wpuszczeni do czyjegoś intymnego świata. Piosenka jest jeszcze piękniejsza w wydaniu live (kliknij tu), cudownie jest znaleść taki diament, a właściwie lepsze byłoby porównanie jej do znalezienia pierwszej stokrotki na wiosennej łące...to chyba bardziej pasuje do muzyki AlascA. Po pięknej balladzie szybsze tempo nadaje uroczo brzmiąca piosenka na pożegnanie o wiele mówiącym tytule "I Will Go", ewidentnie ktoś dusi się w związku, który kiedyś sprawiał mu radość.
Muzyka AlascA jest ujmująca, przystępna, ale jednak ma w sobie nieuchwytny urok.
Panowie z AlascA śpiewają: "(...)I found my answer in the Arms of the Arts/All revelations true and sublime will find their way into art" czuję podobne, więc tym przyjemniej słucha mi się tej płyty.

Poznaj i pokochaj 

wtorek, 3 stycznia 2017

Meilyr Jones "2013"

Na muzykę Jonesa trafiłam szukając czegoś nowego, świeżego, czegoś co mnie urzecze i wciągnie. Przy okazji poszukiwań trafiłam na parę niezłych rzeczy, ale żadna z nich nie miała "tego czegoś". Tym większą przyjemność dało mi znalezienie muzyki Meilyra.
To solowy debiut wokalisty, już nieistniejącego, walijskiego zespołu Race Horses. "2013" jest owocem emocji związanych z rozpadem zespołu, rozpadem związku i wypadem do Rzymu. Rzym na pewno był inspitracją dla Meilyra. Może stąd ta mieszanka popu z klasyczną muzyką, chociaż przecież mama Jonesa grała na skrzypcach, a on sam ma wykształcenie muzyczne.
Tak czy inaczej ten album mieni się najróżniejszymi melodiami, instrumentami (harfa, instrumenty smyczkowe, saksofon, pianino...) bogactwem w dobrym guście. Bywa wzniośle jak w ostatniej na płycie "Be Soft" i skromniej, ale z dużą emocją jak w "Refugees". Oprócz obfitości różnych instrumentów nie można przegapić przejrzystego głosu Meilyra.
Meilyr podkreśla, że czasem zlepiał swoją muzykę z tym co było. Nie ogranicza czerpania z przeszłości do inspiracji, ale sięga też po konkretne dźwięki np. "Rebel Rebel" Bowiego: "If it’s going to be authentic it should be other people’s music and my music and that’s what the modern world feels like to me, it’s a mess of the past." Może przy tym pochwalić się niezwykłą kreatywnością. Meilyra drażni oczekiwanie ciągłej nowości, oryginalności, która nie wiąże się z przeszłością, która chce się wręcz od niej odciąć: "but the idea of being something completely original, that’s not to do with anyone else… there’s something quite cold and arrogant about that." Jednocześnie nie widzi niczego dobrego w bezmyślnym czerpaniu z przeszłości na zasadzie imitowania tego co było.
Według Meilyra o sztuce mówimy wtedy, kiedy sprawia ona, że czujemy się pełni życia, kiedy wywołuje ona w nas emocje lub kiedy pozwala nam ona widzieć pewne rzeczy inaczej niż widzieliśmy je do tej pory. Trudno mi się z nim nie zgodzić.
Za niezywle ciekawą płytą, która odkrywa przed nami z każdym przesłuchaniem coś nowego, stoi ciekawy człowiek. Zawsze jest to dla mnie miłe odkrycie.


Poznaj i pokochaj


wypowiedzi Meilyra z: thelineofbestfit.com

piątek, 16 września 2016

Cage the Elephant "Tell Me I'm Pretty"

Cage the Elephant nagrali następną świetną płytę. Pomagał im w tym producent, którego nazwisko mogło wam się obić o uszy, czyli Dan Auerbach, czyli 1/2 The Black Keys. Producent miał na pewno wpływ na odsianie napiętrzenia dźwięków, nie wiem jaki pomysł na te piosenki mieliby panowie z Cage the Elephant bez Auerbacha, ale to co dostalismy do rąk jest bez wątpienia niezwykle smacznym kawałkiem muzyki.
Matt Schultz nie krzyczy już tak jak kiedyś, ale spokojnie nadal słychać jego surowy, ostry wokal, a teksty są tak samo satysfakcjonujące jak wcześniej. Są też oczywiście spokojniejsze kawałki jak "Trouble" gdzie Matt brzmi równie dobrze, a nawet śmiem stwierdzić, że z płyty na płytę brzmi coraz lepiej. Mimo różnych zmian energia, która tkwi w muzyce Cage the Elephant ciągle jest tak samo świeża i pobudzająca. Słychać to w, wielokrotnie przeze mnie odtwarzanej, "Cold, Cold, Cold", panowie nie stracili nerwa mimo retro entourage'u.
Tempo na płycie ulega ciągłym zmianom utrzymując zaciekawienie i uwagę słuchacza. Jest trochę retro dźwięków, tamburynów, trochę mocnego gitarowego grania, wpadających w ucho momentów do nucenia.
Cage the Elephant wydają się bardziej poukładani niż kiedyś, ale tylko na tyle na ile powinni być, żeby uniknąć chaosu. W tej muzyce nadal jest jakaś taka nonszalancja, szczerość i moc, ale teraz też i dojrzałość. Udało mi się zobaczyć ich koncert i tym pewniejsza jestem swoich słów. Na pewno będę wracać do tej płyty i  z zaciekawieniem będę czekać na ich następne piosenki.


Poznaj i pokochaj

niedziela, 24 kwietnia 2016

Lianne La Havas "Blood"

Lianne ma przepiękny głos. Ta myśl będzie wam towarzyszyła w czasie słuchania tej płyty albo po prostu przestaniecie myśleć i zaczniecie z zachwytem wsłuchiwać się w te cudowne dźwięki.
Temat płyty to bardzo osobiste opowieści o związkach, miłości, nie tylko tej między partnerami, ale także tej między członkami rodziny.
Mama Lianne pochodzi z Jamajki, a tata z Grecji. Lianne postanowiła w czasie tworzenia tej płyty wybrać się na Jamajkę, te wyprawy były inspiracją dla "Green & Gold". Piosenka jest wesoła, ciepła i jasna, miała podobać się rodzicom Lianne i nic dziwnego, że tak się stało. Także tytuł albumu nawiązuje do tego jak Lianne zaczęła myśleć o swoich korzeniach - do bliskości jaką poczuła do obu krajów z których pochodzą jej rodzice.
Druga płyta Lianne jest bogatsza i bardziej zróżnicowana niż jej pierwszy (piękny) album. Słychać, że tym razem piosenkarka wyszła po za samotne granie z gitarą. "Unstoppable" jest bogate, radosne i przede wszystkim cudownie zaśpiewane. Jednak piosenką, która ukradła mi serce, jako pierwsza z tej płyty, jest "What You Don't Do". Każdy chciałby czuć się tak bardzo zakochany, a ci, którzy są odnajdą dużą przyjemność w śpiewaniu: "I've been saving up my time so I could spend it all on you, on you/Oh, all I need is to see you smile; I've forgotten how to be blue, blue". 
Uwielbiam atmosferę tej płyty i podziwiam wokal Lianne. Miałam szczęście usłyszeć ją na warszawskim  koncercie i zakochałam się w jej głosie jeszcze bardziej. Do tego dochodzi jeszcze ujmująca osobowość i energia, która od niej bije.
Tej płyty chce się słuchać idąc przez wiosenny park na spotkanie z ukochaną osobą.

Poznaj i pokochaj

czwartek, 30 kwietnia 2015

Glass Animals "Zaba"

Już na początku warto to napisać: ta płyta jest zjawiskowa. Muzyka Glass Animals wciąga, oplata, jest tajemnicza, mroczna i seksowna.
Zespół tworzy czterech przyjaciół, którzy znają się od średniej szkoły. Panowie twierdzą, że kłócą się jak bracia, a z wywiadów wynika, że tak samo dobrze się rozumieją. Wynikiem tego porozumienia jest "Zaba" (piosenki mają równie dziwne nazwy jak płyta np. "Intruxx" czy "Hazey").
Nie byłabym sobą gdynym nie zwróciła uwagi na cudowny głos Dave'a Bayley'a - aksamitny, sunący powoli przez piosenkę jak jakieś egzotyczne zwierze pełzajace po liściach i ciągnący się jak masa z której robi się cukierki.
Słowa piosenek sprawią, że poczujecie się skonsternowani, Dave nie zdradza co znaczą, w jednym z wywiadów mówił, że są pisane z perspektywy dziecka. Wydaje się, że mogą znaczyć coś osobistego albo mogą nic nie znaczyć, kto wie, ważne, że hipnotyzują, a ich brzmienie pasuje do muzyki .
Muzyka Glass Animals łamie się i składa, płynie gładko lub oddycha plemiennymi rytmami. Płyta tworzy jeden dobrze pracujący organizm, jednak warto wymienić pare tytułów np. "Gooey". Będziecie śpiewać z Davem "Mind my wicked word and/Tipsy topsy slurs" (?) i poczujecie tę piosenkę pod skórą bez względu na abstrakcyjny tekst. "Toes" brzmi uwodzicielsko, jak zamkniecie oczy to możecie zapaść się w tę piosenkę jak w miękki materac, po niej pojawia się "Wyrd", która uwodzi trochę jak kuszący i niebezpieczny głos we śnie.

Dave w wywiadzie dla nbhap.com powiedział: "I love those records that you can put on and listen to from start to finish and they keep you in an alternate universe for the hour(...)" Myślę, że Glass Animals stworzyli taką właśnie płytę, która tworzy swój własny mały świat i potrafi nas w nim zatrzymać na dłużej.


Poznaj i pokochaj

środa, 18 lutego 2015

Nick Mulvey "First Mind"

To pierwszy solowy album Nicka Mulveya, ale ten pan nie jest nowy na scenie muzycznej. Razem z Portico Quartet był nominowany w 2008r. do Mercury Music Prize, za ich jazzowy, debiutancki album. Nick grał na nietypowym instrumencie - hang drum.
Jednak Nick znudził się nim, znudził się zespołem, czuł, że chce zatrzymać przy sobie słuchacza, być bliżej, a tego nie dawała mu muzyka tworzona w zespole. Dzięki tej decyzji możemy słuchać "First Mind". Ten album potwierdza, że decyzja Nicka była najlepszą z możliwych, zresztą jak sam powiedział w wywiadzie dla independent.co.uk: "I'm much happier." No i wszyscy są zadowoleni - ja na pewno :)
Nick postawił na tej płycie na akustyczną gitarę i na swój głos. Gra lekko, tworząc delikatne krajobrazy dla swoich piosenek. Pewnie na styl jego gry miały wpływ studia na etnomuzykologii. Wydaje się, że Nick dość poważnie traktuje techniczne przygotowanie do gry na gitarze.
Gitara to nie jest dodatek, jest bardzo ważną częścią tego albumu, ciężko sobie wyobrazić inny styl gry, który tak pięknie brzmiałby z ciepłym głosem Nicka nucącym melodie, między słowami piosenek.
Nie da się docenić tej pięknej płyty składającej się z precyzyjnej wyplatanki subtelnych dźwięków w 3 min wciśnięte między jednym hitem a drugim, trzeba się skupić, odkryć te dźwięki dla siebie wsłuchując się uważnie w kolejne piosenki. Nie chcę przez to powiedzieć, że np.po mieniącej się "April", trzeba wysłuchać "Juramidam", która zmusza swoim rytmem do ruszenia się z miejsca, bo piosenki oddzielnie tracą jakiś punkt odniesienia. Po prostu po raz pierwszy dobrze jest wysłuchać całego albumu, żeby poczuć jakie ciekawe i zróżnicowane mogą być dźwięki gitary Nicka.
Jakoś tak bezpiecznie czuję się słuchając tej płyty. Wyobrażam sobie jeszcze wiosenne, ale już ciepłe, słoneczne, ciche poranki, najlepiej gdzieś na zielonej łące, na otwartej przestrzeni. Jeśli nie znajdę w danej chwili takiego miejsca, to jestem pewna, że kiedy zamknę oczy ta płyta pomoże przenieść mi się w jakiś relaksujący zakątek w wyobraźni.

niedziela, 31 sierpnia 2014

George Ezra "Wanted On Voyage"

George Ezra to następny młody (21 lat) artysta, o którym zrobiło się ostatnio głośno. George jak na swoje młode lata ma bardzo dojrzały, głęboki  głos, którym już na początku płyty wygrywa uwagę słuchacza.
To co ma do zaoferowania George pięknie pokazuje świetna pod wieloma względami siódma na albumie, a pochodząca z EP-ki "Did You Hear the Rain?". Zaczyna się wstępem a capella, a później rozwija się w mroczną bluesową piosenkę. "Oh, did I send a shiver/Down your spine?" śpiewa George i aż chce się odpowiedzieć "tak!", bo aż czuć ciarki przechodzące po plecach od tego mocnego wokalu wybrzmiewającego na tle mrocznej muzyki. Na płycie znajdziemy mieszankę folku, bluesa, indie. Piosenki mają raczej prostą formę, cieszą dobre teksty i chwytliwe melodie. Na tej płycie jest wiele pozostających w pamięci momentów, choćby "Budapest" czy "Cassy O' ", które łatwo zacząć nucić razem z ich sympatyczny autorem.
George brzmi dobrze również w mniej przebojowym repertuarze. "Breakaway" rozwija się powoli aż do podbijającego wymowę piosenki chóru na końcu. Piosenka opowiada o dziewczynie z poczuciem wartości zdeptanym przez jej partnera, George oferuje jej schronienie. Bardzo podoba mi się ten spokojny i pełen powagi utwór.
Dla Georga inspiracją dla albumu była jego podróż do Europy, a teraz on zabiera nas w podróż, a za  przewodnika mamy jego chropowaty głos. W wywiadzie dla coupdemainmagazine.com George powiedział, że jedyne czego pragnie to, żeby jego muzyka została w czyjejś pamięci, a już wspaniale by było gdyby stała się ścieżką dźwiękową dla czyichś szczęśliwych dni. Myślę, że jego życzenie właśnie się spełnia, przynajmniej jeśli chodzi o mnie.


Poznaj i pokochaj ponure dźwięki i te weselsze

piątek, 20 czerwca 2014

Years & Years "Real" [EP]


Years &Years dopiero zaczynają swoją muzyczną drogę. "Real" jest ich drugą EP-ką, którą wydali w lutym tego roku, teraz szykują trzecie EP. Na "Real" są właściwie dwie piosenki: "Real" i "Eyes Shut". Reszta to remixsy. Remix jako taki nieczęsto mnie interesuje, więc te też są mi obojętne.
Wokalistą grupy jest Olly Alexander, który spełnia się też jako aktor (m.in "Skins"; "Jaśniejsza od Gwiazd"; "Wielkie Nadzieje") jednak to nie ten fakt zapewnił im umowę z Kitsuné. Pulsująca muzyka i ciekawy głos Olly'ego powinny poprowadzić ich prosto do większych sal. Mam nadzieję, że ich następne dokonania będą równie dobre jak świetne "Real" - co cieszy, świetne nie tylko muzycznie, ale też tekstowo. Do piosenki mamy równie fajny klip w którym występuje Ben Whishaw, z którym Olly grał w "Jaśniejsza od Gwiazd". Olly wytłumaczył, że bardzo podoba mu się sposób w jaki tańczy Ben i chciał, żeby ludzie w klipie tańczyli właśnie tak - jakby byli zahipnotyzowani. Powstał z tego bardzo ładny obrazek.




Poznaj i pokochaj

sobota, 22 lutego 2014

Active Child "You Are All I See"

Pod nazwą Active Child kryje się Pat Grossi. Ta płyta to jego debiut z 2011r. (w październiku tego roku ukazała się jego nowa EP-ka).
Na muzykę Active Child trafiłam wędrując po internecie, piosenka za piosenką i nagle szybsze bicie serca, piękny głos - "Hanging On". Nie potrafiłam oderwać się od tej piosenki.
Ta płyta to połączenie elektroniki z dźwiękami harfy i silnym, ale eterycznym głosem Pata, który sposób śpiewania wyniósł z chóru. Swój falset Grossi szlifował jeżdżąc po świecie z Filadelfijskim Chórem Chłopięcym, do którego dołączył jako dziewięciolatek. Później zrezygnował z chóru, ale okazało się, że kiedy znowu wrócił do muzyki, tylko ten styl śpiewania był dla niego naturalny. Całe szczęście, bo głos Grossi'ego brzmi pięknie w tej formie.
Ta płyta świeci światłem rześkiego poranka, czuć ją niezmierzoną przestrzenią nad którą unosi się mgła i ciszą w kościele ze smugami światła przesączającymi się przez witraże. Syntezatory spajają się z harfą, a sposób śpiewania nieuchronnie kojarzy się ze strzelistymi katedrami. Teksty dotyczą  miłości, czasem tych przyjemniejszych, ale w większości tych mniej przyjemnych aspektów tego uczucia. Teksty są dość proste, to przepełniony emocjami wokal nadaje im sens. Otwierające płytę "You Are All I See" pokazuje co nas może czekać ze strony Grossi'ego, utwór mieni się dźwiękiem harfy, brzmi relaksująco i świeżo. Jedna z ostatnich na płycie piosenek, majestatyczna "Johnny Belinda", chwyta za serce, głos Pata opowiada historię pełną bólu. Nie wiem co tak naprawdę kryje się za tą piosenką, ale brzmi ona bardzo prawdziwie.
Warto wspomnieć o dwóch klipach, które, tak się miło złożyło, towarzyszą dwóm moim ulubionym piosenkom: "Hanging On" i "Johnny Belinda". Pięknie oddają ich klimat, a wręcz podkreślają ich atmosferę i dodają dramatyzmu. Warto obejrzeć.


Poznaj i pokochaj

czwartek, 26 grudnia 2013

Woodkid "The Golden Age"

Tą płytą postanowiłam zakończyć mój blogowy rok 2013. Yoann Lemoine, Francuz ukrywający się pod pseudonimem Woodkid, urzekł mnie swoim debiutem - muzyką, głosem, klipami i genialnym koncertem 7 grudnia w warszawskiej Arenie Ursynów.
Bardzo podoba mi się to, że Lemoine dba o to, żeby jego muzyka miała odpowiednią oprawę; czarno-białe klipy ze znakiem kluczy, które Yoann ma wytatułowane na rękach, to, że na scenie bębniarze stoją bez ruchu do chwili w której zaczynają wybijać rytm, takie drobne rzeczy sprawiają mi dużą przyjemność. Nic dziwnego, że dla Woodkida klimat płyty rozciąga się na wizualizacje, Yoann jest reżyserem klipów dla np. Lany Del Rey, Katy Perry, Rihanny. Jak powiedział w wywiadzie dla nbhap.com : I can’t see visuals not being linked to sound and sound not being linked to visuals. It has to come together.
To, że Yoann robi klipy dla wielkich z popowego świata, nie oznacza, że jego muzyka leży w tej samej muzycznej galaktyce.
"The Golden Age" jest pełna siły, klimat jest bardzo podniosły, kojarzy się raz z marszem wojska, raz z kościelnymi organami;  to niezwykle udany mariaż poetyckich, czasem wzruszających tekstów z mocno zarysowanym rytmem i muzyką, która karze ci podnieść się i walczyć. Płyta odnosi się do złotego wieku Woodkida, czyli dzieciństwa, a właściwie do opuszczenia tego czasu i wejścia w życie, co najlepiej słychać w "Run Boy Run".
Pierwszą piosenką, która mnie zachwyciła było chwytające za serce "I Love You". Tytuł nie pozostawia wiele do domysłu. Piosenka opowiada o straconej miłości, o tym, że jedna osoba jeszcze kocha, a druga już jej nie dostrzega. Piosence towarzyszy piękny klip z  występującym w nim modelem Matveyem Lykovem.
Równie wzruszająca jest "Where I Live". To już zupełnie inny utwór, nadal smutny, ale już zdecydowanie bardziej cichy. Opowiada o osobie, która żałuje tego jak wyglądało jej życie - było uczciwe, decyzje były podejmowane rozważnie, mimo tego nie było w nim szczęścia, podążenia za potrzebą serca.
Płyta jest bardzo spójna pod względem tematu i muzyki, jednak nie jest monotonna. Chwile wzniosłe podbite orkiestrą, w których czujemy się częścią wielkiej, pasjonującej historii przeplatają się z refleksyjnymi, spokojnymi momentami. Nad wszystkim pięknie wybrzmiewa głęboki głos Woodkida.
Jedno z bardziej intrygujących wydawnictw w kończącym się 2013 roku.


 Poznaj i pokochaj

niedziela, 18 sierpnia 2013

Bell X1 "Chop Chop"

Na Bell X1 natknęłam się przypadkiem, piosenka "Careful What You Wish For" kazała mi się zatrzymać przy tym albumie, a właściwie usiąść i odtwarzać ją raz za razem. Bell X1 wyłonił się z zespołu Juniper, którego częścią był Damien Rice. Perkusista Paul Noonan po odejściu Damiena chwycił za mikrofon. I bardzo dobrze, bo szkoda by było gdyby taki przyjemny głos nie został usłyszany.
Muzyka na "Chop Chop" jest jasna, przejrzysta, zaletą produkcji jest też to, że dźwięki są bliskie akustycznemu graniu w małym klubie, tekst i głos nie zostały przytłoczone przez muzykę.
Zacznijmy od piosenki, która mnie uwiodła, czyli wspomnianej wcześniej "Careful What You Wish For". To prosty utwór, z pianinem w tle i z subtelnym głosem Noonana wyśpiewującym kolejne linijki tekstu: "Careful what you wish for/These bulbs are the fluorescent kind/and no-one looks good in this light/The crack is wide enough already." Ta piosenka jest po prostu piękna. Lubię takie dźwięki, takie emocje.
W głowie zostaje budząca słuchacza "Motorcades", w której Noonan śpiewa coś z czym trudno się nie zgodzić: "She cries at motorcades, she cries/Now before you start/I'm not making fun/People cry at the/Strangest things". Już w czasie drugiego przesłuchania będziecie nucić refren razem z wokalistą.
"Chop Chop" kończy odpowiednia na tę okazję "The End Is Nigh", która, jak wskazuje tytuł, opowiada o końcu właśnie. Noonan na tle mocnej perkusji  wspomina życie i pyta czyich ramion będzie szukał w ostatniej chwili.
Cała płyta jest ciepła, delikatna, poszarpana gdzieniegdzie ostrzejszym dźwiękiem. Po jej przesłuchaniu czuję się spokojna, ale też naładowana jakąś dobrą energią. Najchętniej włączyłabym "Chop Chop" jeszcze raz, położyła się na podłodze w plamie słońca i zamknęła oczy wchłaniając dźwięki lub przyłączyła się do śpiewu Noonana mimo, że zapowiada nadchodzący koniec.

Poznaj i pokochaj

niedziela, 31 marca 2013

Olly Knights "If not know when"

Olly Knights, czyli 1/2 Turin Brakes, własnym nakładem wydał solowy album (2012r.). Pierwszy, oby nie ostatni. Nie ma nic piękniejszego od chwili, kiedy bardzo, bardzo potrzebujesz "CZEGOŚ", myślisz, że nic nie jest w stanie zaspokoić twojego niepokoju i nagle znajdujesz muzykę, która uzupełnia ci miejsce w sercu.
To za co kocham ten album to przede wszystkim głos Olly'ego na tle jasnej, czystej muzyki, która nie przytłacza tego najpiękniejszego instrumentu. Wokal Knightsa jest ciepły, miękki, gitara i pianino są równie delikatne, razem tworzy to uroczą, subtelną całość.
Na solowe dzieło Olly'ego mam w sercu więcej miejsca niż na jego dokonania pod szyldem Turin Brakes, po których piosenki od czasu do czasu sięgam. Bardziej pociąga mnie jego osobista wypowiedź - i wokalnie, i muzycznie.W tej płycie jest jakaś lekkość, ta muzyka koi, a głos Olly'ego jest po prostu piękny, lubię każdą zmianę w jego brzmieniu. Olly nagrywał płytę w domu, z dala od laptopa. Nie wątpię, że to sprawiło, że te intymne piosenki brzmią tak prawdziwie, czuć, że ta płyta została nagrana z dużą troską. Knights słusznie jest dumny z tego, że wybrał taki sposób produkcji.
Tytułowy utwór, napisany na płytę jako ostatni, to jedna z tych piosenek dla których mam szczególne miejsce w sercu. Takie piosenki mówią mi: muzyka jest bardzo ważna, bez niej moje życie byłoby uboższe.
Mam ochotę położyć się na łóżku, puścić "If not know when" i delektować się każdym jej dźwiękiem. Pokochałam tę muzykę i wiem, że o niej  nie zapomnę, nie mogę.



 Poznaj i pokochaj

środa, 7 listopada 2012

Trophy Wife "Bruxism" (EP)


Czekam (nie)cierpliwie na płytę panów z Trophy Wife, która ma się niedługo pojawić na półkach, więc to ostatnia chwila, żeby podzielić się moją, jeszcze kiełkującą, miłością do ich muzyki. Później może być za późno, pewnie będę musiała dzielić się w pełni dojrzałą miłością do dźwięków Trophy Wife, ponieważ ta EP-ka obiecuje wiele.
Każda piosenka jest świetna, jednak na czele stawiam "Wolf". Każdy z pięciu utworów na płycie wyprodukował kto inny, za "Wolf" odpowiada Yannis Philippakis, wokalista Foals, więc towarzystwo jest całkiem przyjemne, a współpraca, jak słychać, jest całkiem owocna. Ta piosenka spodobała mi się przede wszystkim z powodu niepojącego klimatu. Muzyka jest powolna, skrada się jak coś bardzo nieprzyjemnego w ciemnym, zimnym lesie. Śpiew Jody'ego Prewetta sunie nieśpiesznie razem z muzyką, jego senny, powolny wokal pasuje nie tylko do tej piosenki, ale do tematu całej płyty, "bruxism" to występujące w czasie snu zgrzytanie zębami. Cała płyta wiąże się z tematem snu, snów i chwil między snem a jawą. Natchnieniem były zaburzenia snu, które ponoć dotykają panów z Trophy Wife.
Mimo tego, że nad każdą z piosenek pracował kto inny nie ma uczucia, że są to puzzle, które do siebie nie pasują. Wręcz przeciwnie, wszystko ładne gra na płycie - dosłownie i w przenośni. Mimo, że piosenki są dość różne to tworzą ładną całość, którą bardzo dobrze się słucha raz za razem. Warto posłuchać każdej z piosenek na tej płycie, żeby mieć pojęcie czym jest Trophy Wife.

Poznaj i pokochaj

środa, 15 lutego 2012

Lianne La Havas "Lost & Found" [EP]


Na Lianne La Havas natrafiłam przypadkiem. Powinnam ją znać wcześniej z listy BBC, jednak przyznaję, że ledwo zerknęłam na to co zostało przez nich uznane za dobrze zapowiadające się dźwięki w 2012 roku. Zobaczyłam: Skirllex, pomyślałam: "znowu" i wyniosłam się ze strony. Szkoda, ponieważ nie dojrzałam Lianne.
Dziewczyna nie ma jeszcze na koncie debiutu, ale za to wydała ładną EP-kę. Jest na niej akurat tyle utworów, żeby poznać co proponuje Lianne. Nie wiem jak będzie wyglądał jej pierwszy album, ale w tej krótkiej formie poradziła sobie całkiem nieźle.
Pierwsza piosenka na płycie "No Room for Doubt" zaśpiewana razem z Willym Masonem to również najlepszy utwór z EP-ki. Myślę, że niebagatelny wpływ na jakość tej piosenki miał Willy, którego twórczość darzę ciepłymi uczuciami. Nie odmawiam Lianne wpływu na to małe dzieło sztuki, bez niej nie byłoby tej piosenki. Jej przyjemny, jasny głos pięknie współgra z uspokajającym głosem Masona i pięknie wybrzmiewa na tle skromnego instrumentarium.
W "Age" Lianne również towarzyszy tylko gitara. Świetnie to brzmi, tym bardziej jeśli wsłuchamy się w słowa piosenki, w której Lianne śpiewa o uczuciu, które sprawiło jej ból i o nowym uczuciu tym razem do starszego mężczyzny: "So is it such a problem that he's old?/ As long as he does whatever he's told". Właśnie tę piosenkę Lianne usłyszałam jako pierwszą. Wykonała ją w programie "Later with Jools Holland" z takim urokiem, w taki sposób, że nie mogłam oderwać od niej oczu i uszu oczywiście.
Zobaczymy co będzie dalej, na razie warto uprzyjemnić sobie życie słuchając piosenek tej młodej artystki, na jej stronie znajdziecie darmową EP-kę do pobrania.

Poznaj i pokochaj

niedziela, 31 lipca 2011

Ed Sheeran "One Take" [EP]


Edem zainteresowałam się kiedy usłyszałam "The A Team". Ed ma pełnoprawny debiut jeszcze przed sobą, jednak skutecznie, krok po kroku, przygotowywał sobie grunt do jego wydania. Przygotowania obejmują pare EP-ek, sporo zagranych koncertów i klip do "The A Team", która to piosenka o uzależnionej od narkotyków prostytutce, jest pierwszym singlem z nadchodzącej płyty.
Na EP-ce "One Take" znajdziemy dwa utwory. "Wayfaring Stranger" to cover wersji Jemiego Woona, ta piosenka opowiadająca o podróży przez życie sięga korzeniami XVIIIw. Drugi utwór "UNI" to piosenka o nie do końca szczęśliwej miłości. Po tych dwóch piosenkach czy po tych, które słyszałam, a których tu nie ma, nadal nie do końca wiem czego spodziewać się po albumie Eda. Ed łączy akustyczne granie z rapem, nie ucieka od popu, używa loopów - grając na żywo tworzy je na poczekaniu, śpiewa słodkim głosem i wygląda jak kumpel ze szkolnej ławki. Uh.
Nie wiem co usłyszę na jego debiucie, ale czekam na "+", żeby przekonać się czy warto było czekać. Póki co ta EP-ka, pierwszy, a także drugi świetny singiel "You Need Me, I Don't Need You", przekonują mnie, że nie czekam na darmo.

"One Take" można za darmo pobrać ze strony Eda.

edit: Okazuje się, że płyta Eda nie spełniła moich oczekiwań, chociaż nadal jest na niej pare fajnych piosenek. Zobaczymy co będzie dalej Ed, na razie jest za słodko.


Poznaj i pokochaj

niedziela, 26 czerwca 2011

Erland & The Carnival "Erland and the Carnival"


"Erland and the Carnival" (2010 r.) to debiut wokalisty z Orkadów (wyspy na północ od Szkocji) Gawaina Erlanda Coopera, Simona Tonga, który grał m.in z The Verve, Blur, The Good, the Bad & the Queen i Davida Nocka, który pracował m.in dla The Fireman, czyli Paula McCartneya i The Charlatans. Debiut będący mieszanką coverów, nowych piosenek zainspirowanych starymi, folku i galopującego rytmu. Nie wiem czy brzmi to szczególnie ekscytująco, na pewno ekscytująca jest płyta.
"Erland and the Carnival" zaczyna majestatyczna "Love is a Killing Thing", ta tradycyjna szkocka piosenka w wykonaniu panów brzmi mrocznie i z sekundy na sekundę staje się coraz bardziej intensywna i hałaśliwa. Dźwięczny głos Erlanda wyraźnie odcina się na tle muzyki. Kiedy słyszę jak śpiewa mam przed oczami obraz dostojnej osoby, która z namaszczeniem wypowiada każde słowo, szczególnie rytmiczna "You Don't Have to be Lonely" przywołuje takie obrazy. Piękny głos do mojej kolekcji.
Myślę, że talent panów do inteligentnego czerpania z kulturowo-informacyjnego worka pokazuje szczególnie jedna piosenka: "The Derby Ram". Niesamowite jak coś o mocno utrwalonym kształcie może nagle stać się plastyczne pod naciskiem odpowiednich rąk. "The Derby Ram" to stara angielska piosenka o wielkiej owcy. Piosenka Erlanda i zespołu opowiada o chłopaku, który w centrum Derby zachęcany przez tłum gapiów popełnił samobójstwo skacząc z wielopiętrowego parkingu. Historia jest szokująca i daje do myślenia. Panowie oparli tekst na podstawie artykułu z gazety. Zaskakujące połączenie tematów.
Cała płyta wykorzystuje róże wątki np. "Everything Came Too Easy" zainspirowało przemówienie Charlesa Van Dorena, który w 1957 stał się gwiazdą wygrywając ok. 1 miliona dolarów w telewizyjnym show. W przemówieniu przyznał się do oszustwa wywołując tym spory skandal.
Jak widać Erland & The Carnival potrafią czerpać z wielu źródeł i zbudować na ich podstawie nową jakość, również muzyczną - folk przemieszany z punkowym zacięciem i psychodelią stwarza odpowiednie tło dla interesujących historii.


Poznaj i pokochaj

poniedziałek, 29 listopada 2010

Benoît Pioulard "Lasted"


Za brzmiącym z francuska pseudonimem Benoît Pioulard kryje się Thomas Meluch, amerykański artysta (warto też zwrócić uwagę na jego fotografie), którego trzecia płyta wydana przez Kranky ujrzała w tym roku światło dzienne.
Thomas znowu przygotował płytę sam, w domu. Jednak daleko "Lasted" do klimatu zamkniętych, niewielkich przestrzeni. Jest wręcz na odwrót - szumy, plumkania, akustyczna gitara; ścieżka w sam raz na samotny spacer po zaśnieżonym lesie, czyli w sam raz na teraz.
Płytę otwierają niepokojące dźwięki "Purse Discusses" przechodzące w piękną "Sault", w której pojawia się delikatny wokal Thomasa. Na płycie przeplatają się ze sobą właśnie takie niepokojące miniaturki z piosenkami o wyraźniejszym rytmie, melodii i zawsze w uroczym towarzystwie, unoszącego się bez wysiłku nad mieniącymi się nutami, głosu Melucha.
"Lasted" to dla mnie ścieżka dźwiękowa sennych chwil między nocą, a świtem, dźwięki do filmu, który sami sobie wyświetlamy pod przymkniętymi powiekami. Ta płyta kojarzy mi się z mgłą unoszącą się nad polami, chłodnymi porankami, kiedy wydaje się, że wszystko wokół nas śpi, a inni ludzie wydają się odlegli. Na tym tle "Shouting Distance" czy "Lasted" brzmią pogodnie, dobrze koegzystując z innymi piosenkami.
Muzyka na tym albumie płynie spokojnie od brzegu do brzegu, na zmianę relaksuje i pozwala wyczuć pulsujący podskórnie mrok. Wciąga - sprawiając, że czas płynie, chociaż przez chwilę, wolniej.


Poznaj i pokochaj

niedziela, 24 października 2010

Sufjan Stevens "The Age Of Adz"

Z czym kojarzy mi się Sufjan? Pierwsza rzecz, bez zastanowienia: banjo. Co zrobić, żeby zmienić swój "typowy" dźwięk? Pozbyć się banjo. Na tej płycie banjo poszło w odstawkę. "The Age Of Adz" (czytamy jak "odds") jest bliżej do "Enjoy Your Rabbit" niż do popularnego (i słusznie) "Illinois". Oznacza to zmianę brzmienia z czystych dźwięków najprzeróżniejszych instrumentów na elektronikę a la Sufjan.
Delikatne "Futile Devices" otwiera płytę nie zapowiadając tego co będzie się działo później. Rozmarzony wokal Sufjana brzmi niewinnie na tle przyjemnego plumkania. Dopiero po tej piosence poznamy prawdziwy kolor płyty, "Too Much" to proste dźwięki, które bezboleśnie wprowadzają nas w ten trochę inny świat, od tego do którego przyzwyczaił nas Sufjan. Jednak nie zrezygnował z chórków i smyków tu i tam, melodia jest na pierwszym miejscu. Piosenek tego artysty się nie zapomina.
Zauważyłam też zmianę w tym jak Stevens operuje wokalem. Teraz jest on bardziej elastyczny, bardziej zróżnicowany, bywa, że przetworzony. Lubię jego brzmienie w "Vesuvius", gdzie ledwo udaje mu się osiągnąć wyznaczoną wysokość i w "I Want To Be Well", kiedy spiętrzone dźwięki potykają się o siebie, a Sufjan wyrzuca z siebie: "I'm not, I'm not, I'm not fucking around".
Warto też zwrócić uwagę na to, że mimo tego iż płyta inspirowana jest pracami chorego na schizofrenię, widzącego w sobie proroka, Royal Robertsona Sufjan postanowił podzielić się z nami paroma bardziej osobistymi myślami. Opowiadanie historii innych ludzi wychodzi mu po mistrzowsku, ale pisanie o sobie musiało być bardzo odświeżające dla Stevensa. Ja też nie mam nic przeciwko słuchaniu bardziej osobistych historii.
Na koniec płyty, niezmiennie przywołującej do mojej wyobraźni wypełniony brzęczącymi zabawkami słoneczny pokój, mamy prawdziwe wyzwanie - 25 minutowy "Impossible Soul" z szokującym przetworzonym wokalem.
Nic dziwnego, że na tę płytę musieliśmy trochę poczekać. Poskładanie tych wszystkich pomysłów, które znalazły się w tej piosence, w jedno, musiało zająć trochę czasu.
Stevens mógł stworzyć płytę podobną do poprzednich, na pewno byłaby piękna. Jednak wolał przejść gładko na elektronicznie porwane dźwięki, upchał co mógł na jednej płycie i nie zrezygnował z melodii i dobrych tekstów. Niektórzy powiedzą, że to było ryzykowne. Jednak według mnie to nie jest dla Sufjana ryzyko, a naturalna kolej rzeczy. On robi to na co ma ochotę i chyba nie myśli w kategoriach ryzyka. I znowu wygrywa.

Poznaj i pokochaj

wtorek, 1 czerwca 2010

Wild Beasts "Two Dancers"


Wild Beasts, czyli czterech panów z Wielkiej Brytanii, odwiedzi nas w te wakacje na Open'erze. Jeśli macie bilet na ten festiwal, ale nie mieliście w planach posłuchania tego co panowie proponują, może teraz zmienicie zdanie, a jeśli nie macie biletu może kupicie go specjalnie po to, żeby stanąć pod sceną, kiedy oni będą grać.
Tak czy siak - opłaca się. Wild Beasts to ciekawy zespół, który może was zaskoczyć.
Płytę zaczyna "The Fun Powder Plot". Piosenka pulsuje spokojnie, po pierwszej minucie wślizguje się w jej rytm piękny głos Haydena Thorpe. Głos który może na początku zdziwić słuchacza - nieczęsto słyszy się falset na tle gitar i perkusji w tzw. zespołach indie. Rozmazane dźwięki gitar, świetne melodie i oszałamiający, teatralny głos Haydena po pierwszym możliwym zgrzycie, jednak zgrzycie wynikającym z tego, że "tego jeszcze nie słyszałem/am", spajają się w jedno zwierze.
Ogromną przyjemność sprawia mi wsłuchiwanie się w najdrobniejszą zmianę, która pojawia się w głosie wokalisty. Wystarczy posłuchać opowiadającą o przemocy "Hooting & Hoowling": "We're just brutes bored in our bovver boots". Hayden brzmi w tej linijce agresywnie, tak jakby tłumił ten prymitywny, rozbulgotany gniew o którym śpiewa.
W kontrze do bogatego głosu, który pochłania prawie całą uwagę słuchacza pojawia się inny, niższy głos, który nie jest tylko świetnym urozmaiceniem, ale sam mógłby grać pierwsze skrzypce w zespole. Tom Fleming w "All The King's Men" tworzy jedną z najlepszych piosenek na płycie.
Warto również polecić bliższe zapoznanie się z tekstami, myślę, że możecie poczuć się trochę zmieszani, są tak samo charakterystyczne jak muzyka. Na przykład "The Fun Powder Plot" opowiada o zdarzeniu w brytyjskim parlamencie, kiedy to działacze walczący o prawa ojców rzucili w Tony'ego Blaira prezerwatywami wypełnionymi fioletowym proszkiem.

Wild Beasts to oryginalny zespół, który stworzył piękną płytę. Szkoda by było gdybyście ją przegapili.


Poznaj i pokochaj - Hayden, Tom

niedziela, 2 maja 2010

Jónsi "Go"


Każdy kto lubi Sigur Rós pewnie już sięgnął lub sięgnie po tę płytę i chyba nie potrzebuje do tego szczególnej namowy. Za to byłoby świetnie gdyby solowy debiut wokalisty Sigur Rós zainteresował tych, którym do tej pory było nie po drodze z dźwiękami Islandczyków.
Słuchając ostatniego albumu Sigur Rós czuło się zmiany, więc można było się spodziewać jak będzie wyglądała płyta Jónsiego - dwa słowa: radość i kolory.
Pierwsza na płycie "Go Do" to hymn na cześć życia, siły, którą nosimy w sobie i w którą zawsze powinniśmy wierzyć. Muzyka podnosi na duchu, a niezwykły głos Jónsiego sprawia, że słuchaczowi chce się żyć, nawet jeśli przed chwilą nie miał na to ochoty. Ten pozytywny nastrój utrzymuje się w rytmicznym "Animal Arithmetic", tak wesoło Jónsi nie brzmiał jeszcze nigdy.
Teksty są dość proste, co pewnie wynika również z tego, że tym razem Jónsi śpiewa po angielsku (jednak pare razy islandzki też usłyszycie). Ton tych piosenek jest trochę naiwny, w ten najpiękniejszy, dziecięcy sposób (którego często mi brakuje nie tylko w muzyce), co w żaden sposób nie wyklucza dojrzałości. Jónsi należy do tej wybranej grupy, która to rozumie.
Jednak "Go" to nie tylko eksplozja radości. Obok prawdziwego wulkanu szczęścia, pojawia się smutek i strach, jednak zawsze kryje się za nimi nadzieja.
Po pierwszych dwóch piosenkach słyszymy "Tornado", które mimo tytułu jest wyciszoną piosenką o samodestrukcji i o nadziei na to, że kiedyś będzie można po prostu być. Jednak już w "Boy Lilikoi" Jónsi wzywa do otrząśnięcia się, do tego, żeby dać sobie szansę i zacząć żyć: "Just say no more, use your eyes, the world goes and flutters by/Use your eyes, you'll know you are" i robi to na tle buzującej zupy dźwięków przygotowanej z gitar, fletów, bębnów.
Debiut Birgissona to płyta o zmaganiu się ze sobą, z tą naszą stroną, która nas niszczy i przede wszystkim o zwycięstwie, o tym, że można, że się da. Ten optymizm jest zaraźliwy. Z takim głosem i osobowością Jónsiemu ciężko jest chyba zrobić coś co nie przypadłoby mi do gustu, a raczej nie wpadło w ucho i nie zamieszkało w sercu.

Poznaj i pokochaj