Jak zawsze zawieszam działalność mojego bloga na radosny czas sesji, żeby móc w pełni się nim rozkoszować.
W tym czasie, jeśli macie ochotę, możecie cofnąć się np. do pierwszego wpisu lub dowiedzieć się np. co kryje się pod etykietą "kolory".
Oczywiście po nasyceniu się niepowtarzalną atmosferą sesji powrócę do pisania bloga - dla siebie i tłumu wielbicieli :P
Pozdrawiam
p.s Mam coś dla Was, z kategorii " do przemyślenia ". Bardzo podoba mi się ten tekst i nie chodzi tu tylko o wymienionego w nim artystę, ale o przedstawienie problemu, który uważam za ważny.
poniedziałek, 18 stycznia 2010
poniedziałek, 21 grudnia 2009
Mumford and Sons "Sigh No More"
Mumford and Sons to nie rodzinny kolektyw a czterech panów z Londynu związanych tym, że wyłonili się z cienia Laury Marling, której służyli swoim talentem przy odtwarzaniu jej muzyki na płytach i na żywo.
Bardzo dobrze, że do tego doszło, bo ich debiut to mocna, folkowa propozycja.
Zacznijmy od tego, że wszyscy panowie mają głos (dosłownie) w tym zespole. Na czele z ostrym, nadającym kształt piosenkom, wokalem Marcusa Mumforda tworzą miłą uchu harmonię wyrazistych męskich głosów. Tym lepiej brzmi to na tle banjo, akustycznych gitar, tamburynu, wiolonczeli...
Pierwsza piosenka "Sigh No More" świetnie wprowadza w nastrój albumu. Zaczyna się spokojnie, żeby przejść w szybką, napędzaną banjo melodię. Chwytliwe melodie to bardzo silna strona tego zespołu. Jednak nie delikatne i niegroźne, jak można by się spodziewać, a pełne energii i siły, a czasem, jak w już wcześniej ukazanym światu "Little Lion Man", agresywne.
Panowie umieścili ten utwór również na swoim debiucie i słusznie, bo ta piosenka jest po prostu znakomita, również w warstwie tekstowej: "but it was not your fault but mine/and it was your heart on the line/i really fucked it up this time, didn't I, my dear?". Głos Mumforda pozwala na mocne podkreślenie tych słów. Oczywiście mamy tu również te charakterystyczne harmonie wokalne. Gdyby nadawano za nie nagrody panowie bez wątpienia zostaliby ich laureatami.
Ta płyta to nie tylko dobra muzyka, ale także optymistyczna zapowiedź tego co panowie mogą stworzyć w przyszłości, jednak póki co polecam zająć się satysfakcjonującą teraźniejszością.
Poznaj i pokochaj
wtorek, 24 listopada 2009
Editors "In This Light And On This Evening"
Editors niedawno ukazali światu swoją trzecią płytę. Zmienili na niej gitary na syntezatory. I co z tego wyszło? Oto dwa cytaty do wyboru: "it might be the best album Editors have yet produced" (BBC) lub "everything you don't want to hear from a band that once had something to offer" (Strangeglue). Ja stawiam na ten pierwszy.
Ta płyta to coś zdecydowanie zaskakującego i to już od pierwszego, tytułowego, utworu - "In This Light And On This Evening". Piosenka zaczyna się groźnie - Tom Smith niskim głosem wyśpiewuje: "I swear to god/I heard the earth inhale", aż człowiek ma ciarki. Może być to dość duży szok dla niektórych fanów.
Panowie na pierwszy singiel wybrali "Papillion", który świetnie reprezentuje płytę i pozostaje w pamięci dzięki świetnej linijce: "It kicks like a sleep twitch!" i dramatycznemu, syntezatorowemu klimatowi.
Niezwykle ciekawa i przyciągająca uwagę jest piąta z dziewięciu piosenek na płycie, czyli "The Big Exit". Znowu mamy tu zupełnie nowego ducha Editors, Tom tym razem śpiewa w wyższych rejestrach na tle mechanicznej, ponurej muzyki.
Największe wrażenie zrobił na mnie przedostatni utwór - "Eat Raw Meat = Blood Drool". Jest mocny, dramatyczny, ostry. Brzmi naprawdę świetnie, a na żywo jest jeszcze potężniejszy.
Editors stworzyli bardzo ciekawą płytę, nie tylko dlatego, że inną od tego co wcześniej nagrali. Zanurzenie się w jej klimat sprawia dużą przyjemność. Warto, żeby posłuchali tej płyty ci, którzy do tej pory nie przepadali za Editors. Może panowie trafią do nich z tą propozycją.
Poznaj i pokochaj
niedziela, 25 października 2009
Muse "The Resistance"
Muse to jeden z tych zespołów, który z każdą płytą zbiera co raz to skrajniejsze recenzje. To ciekawe jak dużo przyjemności sprawia niektórym pielęgnowanie nienawiści do tego zespołu.
Tym bardziej jest to dla mnie dziwne, że panowie z Muse wydają się inteligentnymi, sympatycznymi ludźmi z dużym poczuciem humoru. Matthew Bellamy to charyzmatyczny wokalista, obdarzony nieprzeciętnym głosem i postać zarysowana ostrą kreską, być może ta wyrazistość jest powodem niechęci?
Oczekiwanie na płytę Muse to bardzo miłe zajęcie, bo po Muse można spodziewać się naprawdę wiele. Tym razem również nie zawiedli i połączyli dźwięki, których nie powinno dać się połączyć - harmonie wokalne, Chopin, mocne gitary, arabski motyw, dramatyzm, elektronika... Powinno wyjść coś niejadalnego, a tymczasem wszystko ze sobą gra i tworzy płytę, którą słucha się z przyjemnym zdziwieniem.
"Uprising" pierwsza piosenka na płycie i jednocześnie singiel, to bardzo melodyjne wprowadzenie do tej ciekawej płyty, Bellamy przekonuje nas, że czas się obudzić zanim wpadniemy na dobre w fałszywy rytm życia. Bardzo spodobała mi się "Undisclosed Desires", nietypowa jak na Muse, bardzo chwytliwa, prosta piosenka o miłości. Co ciekawe niektórzy uważają, że jest najgorsza na płycie :P
No i mamy "United States Of Eurasia (+Collateral Damage)" prawdziwa tęcza dźwięków. Zaczyna się dźwiękami pianina, przechodzi w harmonie wokalne, mocną perkusję, niby arabski motyw, a na końcu Chopin i startujący samolot, a do tego cudowny, potężny głos Bellamy'ego. To tak można? Można, jak przekonuje natchnione Muse.
Matthew Bellamy, Christopher Wolstenholme i Dominic Howard tworzą bardzo kreatywne, ciągle rozwijające się trio i ciągle mają pasję i energię jakby dopiero nagrywali pierwszą płytę. Nadal potrafią zaciekawić i zachwycić nową jakością, a jak ktoś chce to może ich nawet bardziej za to wszystko znienawidzić.
Poznaj i pokochaj
środa, 30 września 2009
Hatifnats "Before It Is Too Late"
Wreszcie pojawiła się płyta warszawskiego zespołu (skład: Michał Pydo, Mariusz Leśniewski, Adam Jedynak), na którą chyba nie tylko ja czekałam z niecierpliwością. Hatifnats istnieje dopiero od 2006 roku, ale wydaje się jakbym wypatrywała ich płyty od wielu lat.
Co takiego ma Hatifnats, że wzbudził we mnie aż takie emocje? Według mnie to magiczne "coś" - szczerość, gęsty, mglisty klimat i piękny wokal.
Na ich debiutanckim albumie znalazło się oczywiście miejsce na ich już wcześniej ukazane publiczności piosenki "Horses From Shellville", "Mathematix", "World 2" i "Waking In The Dark". Każdy kto czekał na tę płytę zna te kawałki na pamięć, więc pierwsze przesłuchanie wersji płytowych może być niemałym zaskoczeniem. Piosenki, chociaż nadal mamy do czynienia z hałaśliwymi gitarami, zostały wyczyszczone i wygładzone, zresztą tak brzmi cała płyta - aż czasem prosi się, żeby gdzieś zabrzmiała ostrzejsza gitara lub mocniejsza perkusja.
Cały album ma oniryczny posmak. Do tych smutnych piosenek świetnie pasuje szara okładka ociekająca melancholią i nie pozostawiająca nas w niepewności co do tego, na co natkniemy się w środku.
Gwoździem programu jest głos wokalisty - Michała Pydo. Taki wokal nie zdarza się często - przeszywający, wysoki głos to wymarzone narzędzie do odmalowywania niełatwych emocji. Coś w sam raz na zimne noce i ponure poranki.
Wsłuchuję się w przedostatni na płycie utwór - "Hypoxia" i nie mogę powstrzymać się od zachwytów. Jeśli chcecie usłyszeć jeden z najpiękniejszych głosów na polskiej scenie muzycznej i macie trochę czasu, żeby zanurzyć się w zacieniony, neurotyczny świat, nie zastanawiajcie się - ruszcie do sklepu kupić tę płytę.
sobota, 29 sierpnia 2009
Beck "Modern Guilt"
Pewnie powinnam rozpisać się na temat tego kim jest producent tej płyty i gdzie był Beck na swoich poprzednich płytach i jak to ma się do tej płyty. Jednak czytam to w każdej recenzji i zajmuje to ok. 1/2 ich objętości... Całe szczęście, że nie muszę pisać recenzji :P
Z muzyką Becka zapoznałam się już jakiś czas temu, jednak wtedy jego muzyka była dla mnie zagadką. Beck mnie irytował, nie rozumiałam go, jego dziwnych melorecytacji, nieszablonowych dźwięków. Kiedy już się trochę przegryzłam z różnymi rodzajami muzyki, znowu trafiłam na Becka i nagle bumm! Zrozumienie i zachwyt.
Przy każdej płycie, także "Modern Guilt" słuchanie kompozycji Becka to dla mnie niekończąca się przygoda. Słuchasz "Gamma Ray" raz za razem i ciągle nie masz dosyć. Przy każdej okazji jest to tak samo świeże i wciągające jak podczas pierwszego przesłuchania. Ta muzyka ma to "coś".
Beck lekko znudzonym głosem wyśpiewuje na rozmazanej, przydymionej i niewesołej "Modern Guilt" swoje obawy i spostrzeżenia dotyczące współczesnego świata. Tytułowa "Modern Guilt" opowiada o niepokoju, który zjada człowieka kawałek po kawałku, o poczuciu, że coś jest nie tak ze światem i o tym, że w jakiś sposób to też nasza wina: "Don't know what I've done but I feel ashamed". Zawsze był dobrym, inteligentnym obserwatorem i nic się w tej materii nie zmieniło. Do tego podaje to z nieszablonowymi dźwiękami, które choć nienachalne, odciskają, powoli i cierpliwie, ścieżki w uchu i sercu słuchacza.
Ten facet to dla mnie geniusz, król łączenia najróżniejszych dźwięków. Tworzy już tyle czasu, a nadal jest zadziwiająco kreatywny. "Walls" i "Youthless" to moje ulubione utwory z tej płyty, jednak robią jeszcze większe wrażenie, kiedy słucha się całej płyty - świetnej piosenki po świetnej piosence.
Hansen wciąż intryguje i zachwyca , on chyba nie potrafi inaczej.
sobota, 18 lipca 2009
Junior Boys "Begone Dull Care"
Kanadyjski duet wydał w tym roku swój trzeci krążek: "Begon Dull Care" (jest to tytuł animacji Normana McLarena, którym to panem i jego dziełami zainteresowali się muzycy).
Ta mieszanka elektroniki i popu to jeden z fajniejszych albumów, który wpadł mi ostatnio w ręce.
Mamy tutaj osiem piosenek (wszystkie powyżej 3 minut), które tworzą bardzo spójną płytę. Panowie stworzyli spokojną dyskotekę na której niejeden z chęcią potańczy. Podoba mi się, że ich muzyka to nie zrywy i nagłe zahamowania, a spokojnie rozwijające się melodie pełne niuansów, w które warto się dokładniej wsłuchać. Nie ma tu nachalnie atakujących dźwięków, a subtelne, wkradające się do ucha piosenki.
Na tle tej, raczej zimnej, mechanicznej muzyki, świetnie wybrzmiewa głos Greenspana. Jego szepto-śpiew nadaje muzyce melancholijny charakter i jest dla mnie jej duszą, bez której ta płyta nie byłaby dla mnie tak ważna jak jest.
Ciężko jest mi wymienić piosenkę, którą można posłuchać "na spróbowanie", wszystkie nie schodzą poniżej wysokiej średniej jaką wyznaczyli sobie panowie. Jednak chyba najbardziej przebojowa jest "Hazel", której tematem jest najlepszy z możliwych tematów, czyli miłość oczywiście.
"Begon Dull Care" za każdym razem kiedy jej słucham brzmi lepiej. Ponoć potrzeba trochę cierpliwości do tej płyty, nie wiem, ja zakochałam się od pierwszego dźwięku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
