Andrew Bird, piekielnie zdolny multiinstrumentalista z Chicago, obdarował nas następnym dziełem. Jeśli chcesz przesłuchać tę płytę to przywiąż sobie szczękę, żeby jej później nie szukać. Każda płyta pana Birda to płyta zachwycająca albo chociaż świetna. "Noble Beast" niczym nie ustępuje poprzedniczkom.
Teksty. Lubisz intelektualne zabawy? Masz nowy słownik języka angielskiego, który chcesz wypróbować? Kochasz zabawy słowem, jego melodią, rytmem, kolorem? Bird to mistrz. Zlepia słowa, kształtuje je, układa jak puzzle i rozbija na drobne szkiełka jak kryształowe wazony. Mamy tutaj takie linijki jak: "in vestments of translucent alabaster" czy "the vicious fish was caught unawares in the tenderest of tendrils". Co do interpretacji to Andrew pozostawia nam często wolną drogę: "I prefer subject matter that’s kind of more of a blueprint—you can read into it what you will.", czyli jeśli chcesz to szukaj własnych znaczeń, jeśli nie, to wsłuchaj się tylko w melodię słowa.
Jeśli jednak słowa nie mają dla ciebie znaczenia i nie fascynuje cię to jak tekst w "Anonanimal" płynie, faluje i zazębia się tworząc precyzyjną wyszywankę, to skieruj się w stronę muzyki.
Ta jest równie ekscytująca co teksty. Nie zabrakło oczywiście birdowej metki, czyli gwizdania. Mamy piękne skrzypce, akustyczne gitary i mnóstwo drobnych dźwięków, wszystko misternie utkane w całość. Nie brakuje też dobrych melodii.
Tak wygląda świat pana Birda. Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że może będzie dla was zbyt hermetyczny, dla mnie taki problem nie istnieje, wiec wy też nie wierzcie w takie rzeczy. Siądźcie wygodnie i wybierzcie się w tę inspirującą, wciągającą podróż, mając piękny głos Andrew za przewodnika.
Poznaj i pokochaj
poniedziałek, 9 marca 2009
poniedziałek, 23 lutego 2009
The Boxer Rebellion "Exits" i "Union"
The Boxer Rebellion powstali w 2001 roku, poznałam ich muzykę ok.2007 roku i zakochałam się. Od tamtej pory obserwuję ten zespół i mam nadzieję, że wreszcie zostaną docenieni. Sukces jaki odnieśli w podsumowaniu iTunes, w tym roku (4 miejsce), wydaje się zapowiedzią lepszych czasów dla tych panów. I bardzo, bardzo się z tego powodu cieszę. Tym bardziej, że do tej pory mieli raczej pod górkę. Mieli supportować The Killers, jednak do tego nie doszło. Wokalista Nathan Nicholson znalazł się w szpitalu z powodu groźnej choroby, była potrzebna operacja. Stracili umowę z wytwórnią po wydaniu "Exits"(2005).
Panowie jednak się nie poddali. Ruszyli dalej koncertować i pracowali nad nowym materiałem, powoli ukazując swoje nowe piosenki, aż do powstania najnowszej "Union".
Przybyli do Polski jako support Editors w 2007. Nasza publiczność przyjeła ich gorąco (byli genialni, zapewniam), a sympatyczni panowie byli zachwyceni.
Co więc nam panowie prezentują? Ich muzyka to raczej zimne, melancholijne granie. Jednak nie mam na myśli zestawu samych ballad ("Watermelon" i "Flight" z pierwszego albumu to zdecydowanie agresywne kawałki). To raczej ciemne, przejmujace piosenki. Gęste gitary i wysoki, zachwycający głos wokalisty tworzą fascynujacy klimat. Świetnie pasują do tego niegłupie, zmuszające do myślenia, osobiste teksty. W intensywnej "All You Do Is Talk" Nathan z mocą wyśpiewuje: "You are everything,/you're everything that i'm not,/and you talk, talk, all you do is talk". Wszystko brzmi szczerze, jest zaangażowanie i emocje. Ciche, bolesne "World Without End" z "Exits" zapiera dech w piersiach, "And in the night the lights went out/the world without end" - te słowa odczuwa się wręcz fizycznie. "The Gospel Of Goro Adachi" z najnowszego albumu to z kolei uzależniająca melodia, która delikatnie płynie i wciąga. Każda piosenka jest warta tego, żeby o niej napisać.
Jest coś pięknego w tych płytach. Lubię ich. Za muzykę i za to, że się nie poddali. Życzę im jak najlepiej. Mam nadzieję, że wy też ich pokochacie.
(obie płyty można słuchać do woli na Last.fm - "Exits" i "Union")
sobota, 14 lutego 2009
Ben Christophers "The Spaces In Between"
Słyszeliście o Benie? Nie? No i wielka szkoda. Na świecie jest wielu utalentowanych artystów, a Ben jak najbardziej się do nich zalicza.
Jednak straty można odrobić. "The Spaces In Between" wydana w 2004 roku, może być pierwszym krokiem w tę stronę. A jeśli was to zachęci to Ben ostatnio współpracował z Bat For Lashes i w tym roku będzie podróżował razem z Natashą.
Co takiego ma Ben, że warto się zapoznać z jego muzyką? Przede wszystkim ma chłopięcy, czasem lekko pretensjonalny, pełen siły głos. Duży atut, którego nie marnuje na nijakie piosenki. Warto też zwrócić uwagę na ciekawe teksty, Ben woli zdecydowanie poruszać niż rozweselać. Zaskakuje porównaniami, jest błyskotliwy, używa ciekawych metafor: "and you sway like empty clothes /in soulless avenues ", a to próbka z "Devil To Kill": "i've got these bones under me and i want to find a cure /for time before it's time for me".
Jest rozpoznawalny głos, są przyciągające uwagę teksty, zostaje nam muzyka. Tu Ben też nie zawodzi. Ma rękę do melodii, często wesołych, odwrotnie niż towarzyszące jej teksty, taka "Good Day For The Hopeless" brzmi raczej słonecznie. W delikatnej "The Drinking Tree" i w dość oszczędnej, z głosem Bena na pierwszym planie, "The Spaces In Between" można się zakochać.
No to nie ma na co czekać, idź się zakochać.
Poznaj i pokochaj
(piosenka z równie pięknej co ta, wcześniejszej płyty "My Beautiful Demon")
Koncert do wielokrotnego oglądania, klik
Jednak straty można odrobić. "The Spaces In Between" wydana w 2004 roku, może być pierwszym krokiem w tę stronę. A jeśli was to zachęci to Ben ostatnio współpracował z Bat For Lashes i w tym roku będzie podróżował razem z Natashą.
Co takiego ma Ben, że warto się zapoznać z jego muzyką? Przede wszystkim ma chłopięcy, czasem lekko pretensjonalny, pełen siły głos. Duży atut, którego nie marnuje na nijakie piosenki. Warto też zwrócić uwagę na ciekawe teksty, Ben woli zdecydowanie poruszać niż rozweselać. Zaskakuje porównaniami, jest błyskotliwy, używa ciekawych metafor: "and you sway like empty clothes /in soulless avenues ", a to próbka z "Devil To Kill": "i've got these bones under me and i want to find a cure /for time before it's time for me".
Jest rozpoznawalny głos, są przyciągające uwagę teksty, zostaje nam muzyka. Tu Ben też nie zawodzi. Ma rękę do melodii, często wesołych, odwrotnie niż towarzyszące jej teksty, taka "Good Day For The Hopeless" brzmi raczej słonecznie. W delikatnej "The Drinking Tree" i w dość oszczędnej, z głosem Bena na pierwszym planie, "The Spaces In Between" można się zakochać.
No to nie ma na co czekać, idź się zakochać.
(piosenka z równie pięknej co ta, wcześniejszej płyty "My Beautiful Demon")
Koncert do wielokrotnego oglądania, klik
niedziela, 8 lutego 2009
Kyte "Kyte"

Kyte to jeden z tych zespołów, które tworzą piosenki jakby stworzone do samotnych wycieczek w góry, do lasu albo na inne fiordy. Siedem piosenek sprawi, że nagle zobaczysz jak piękna jest natura, a ptaki zaczną śpiewać inaczej. Nawet jeśli brzmi to nie wiadomo jak naiwnie czy infantylnie, to tak właśnie jest.
Panowie pochodzą z Wielkiej Brytanii. Na razie na koncie mają tylko debiut, jednak nowa EP-ka już się pojawiła, więc czekamy na następny album. A czekamy słuchając debiutu...
"Kyte" to płyta nastrojowa i magiczna. Piosenki są delikatne i pełne przestrzeni. Panowie przenoszą nas do zupełnie innego świata. Album otwiera "Planet", zjawiskowo piękna i przejmująca: "Stop with the worst as you wait for the shallow/And chase after castles like there's no tomorrow/Sometimes dust flies up". Na tle subtelnej, kruchej, jednak pełnej wewnętrznej mocy muzyki, wspaniale wybrzmiewa wokal Nicka Moona, kiedy w "Boundaries" śpiewa: "Hear silence choking you, listen to the world", człowiek czuje, że najchętniej rozpłynąłby się w tym ulotnym, trochę nierzeczywistym głosie i takiej samej muzyce.
Ta płyta przynosi wyciszenie, jest coś czarującego i wzruszającego w muzyce chłopaków z Kyte. Mroźna atmosfera z rozedrganymi refleksami, zapierające dech w piersi widoki, emocje, które można wyrazić tylko pośrednio - taką to muzykę dla duszy stworzyło paru młodych ludzi na debiutanckim albumie, miejmy nadzieję, że to dopiero początek. Dobry początek.
piątek, 6 lutego 2009
Final Fantasy "He Poos Clouds"
Ten 29-letni Kanadyjczyk pracy się nie boi. To między innymi on odpowiada za aranżacje smyków na płytach The Arcade Fire, z którym to zespołem pojawiał się również na scenie. Smyki aranżował też m.in dla projektu Zacha Condona - Beirut (i nawet użyczył tam swojego wokalu), dla młodo-modnego The Las Shadow Puppets, pojawił się na albumie "Ongiara" Great Lake Swimmers, współpracował z The Rumble Strips, stworzył Maximum Black Festival, którego współsponsorem była firma rewanżująca się w ten sposób za użycie, bez pozwolenia, piosenki Owena w swojej reklamie... Trudno wymienić wszystko w czym Owen maczał palce.
Jednak, co najważniejsze, nagrał dwie solowe płyty, a trzecia jest w drodze. "He Poos Clouds" to płyta numer dwa, zwycięzca Polaris Music Prize z 2006r.
Owen robi to na co ma ochotę, ryzykuje. Piosenki na tej płycie mają luźny związek z grą Dungeons & Dragon i jeszcze z paroma grami, których elementy Owen wykorzystuje do opowiadania swoich historii. Niebanalnej muzyce towarzyszy jego delikatny głos, który w bardzo przyjemnej dla ucha symbiozie, wznosi się i opada wraz z nią. Oczywiście flagowy instrument Owena, skrzypce, znajdziemy w każdym kawałku, oprócz tego mamy tutaj perkusję, pianino, klawesyn. Czasem muzyka jest łagodna, przyjemna, innym razem drażni i niepokoi. Tych nieszablonowych piosenek można słuchać na okrągło, za każdym razem ich struktura wydaje się idealna, są dopracowane, pełne smacznych szczegółów i niezwykłych detali.
Świat tej płyty jest intrygujący, magiczny, a jednocześnie czuje się nutę zdrowego dystansu i ironii. Teksty są takie jak można się spodziewać, czyli inteligentne, fascynujące i cóż, niezbyt wesołe. Już na początek słyszymy: "Tell lies, tell dirty lies, tell diggory lies, until you're lying in his bed". Tytułowa "He Poos Clouds" brzmi dramatycznie, to historia o tym, że narrator kochał tylko wymyślonych bohaterów, w prawdziwym życiu każdy partner okazuje się pomyłką. W świetnej "Song Song Song" mamy obraz tego jak traktuje się dziewczynę przez pryzmat płci: "You're tough, for a girl, and you're smart, for a girl".
Pan Pallett jest nie tylko niezwykle pracowity, ale także niezwykle utalentowany. Dowód: np. ta płyta.
Warto na koniec wspomnieć o tym, że Owen na scenie występuje sam, zapętlając graną przez siebie na żywo muzykę, która nic przy tym nie traci, a jego talent lśni jeszcze jaśniej.
wtorek, 30 grudnia 2008
Larrikin Love "The Freedom Spark"
Larrikin Love - zespół efemeryda, przeszedł do historii w 2007 roku. Powstał zaledwie dwa lata wcześniej, powołało go do życia czterech panów: Edward Larrikin, Micko Larkin, Alfie Ambrose i Coz Kerrigan. O Edwardzie jeszcze usłyszycie (jeśli jeszcze nie słyszeliście, rzecz jasna), obecnie pracuje nad swoim solowym projektem The Pan I Am.
Przed zniknięciem ze sceny muzycznej Larrikin Love ukazało światu owoc swojej krótkiej współpracy. "The Freedom Spark" to tak dobry album, że człowiek chciałby widzieć panów z powrotem na jednej scenie. W każdym razie ładnie dziękuję za tę płytę, a jak wy ją poznacie to też ładnie podziękujecie ;)
Ten album to zadziwiająca mieszanka. Można znaleźć tutaj, oprócz punku i folku, nawet reggae przemieszane z brytyjskim akcentem, a mądrzejsi ode mnie mówią też o bluegrass i calypso. Dla mnie to coś pięknego, bo nie da się przyczepić gatunkowej etykietki, chociaż zawsze znajdą się jacyś niezwykle uparci ludzie...
Panowie poszukują, są kreatywni, fascynują talentem do tworzenia dobrych melodii. Płyta przesiąknięta jest entuzjazmem, jest świeża i ciekawa. To jest właśnie tytułowa wolność.
"The Freedom Spark" zostało podzielone na trzy części: "Hate" (5 pierwszych piosenek, jeśli wliczymy w to intro), "Fairytale"(3 następne numery) i "Freedom"(pozostałe piosenki). W pierwszej części mamy aż trzy single, w tym niepokojącą, ciemną "Six Queens", mocne uderzenie na początek. "Edwould" wydaje się bardzo osobistą piosenką, Ed śpiewa: "You think you're mighty, I believe you're a swine/You're a disgusting child and everyone thinks so/I'm confused about how I want to be, am I you or are you me/A whisper will shout down most of my ego". Wydaje się, że to opowieść o zagubeniu, Ed zdaje się pytać: "kim ja tak właściwie jestem?" Czy tą osobą którą wszyscy widzą? Na ile udaję i czy przypadkiem nie pogubiłem się w tym wszystkim? "See me, I'm not Edward, I've never been Edward/Darling I'm just a mere mistake"
"At The Feet Of Ré" (z następnej części) to już zupełnie inny klimat. To sentymentalna, bardzo sympatyczna piosenka o tym co minęło bezpowrotnie, ale na zawsze pozostanie w pamięci.
Na płycie słychać też, że Ed nie czuje się w Wielkiej Brytanii najlepiej i potwierdził to także w wywiadzie: "There's no compassion here, there's no love. There's nothing really of its own here that really appeals to me, whereas in other countries you can really immerse yourself in their culture."
Trzeba wspomnieć jeszcze o jednym - Edward śpiewa z pasją, czasem trochę histerycznie i na pewno dość charakterystycznie. Do tego Ed wydaje się niebanalną postacią, co potwierdza jego nowy projekt.
W 2006 roku Ed powiedział: "I think we just want to release a really good album, for people to enjoy it, and see what happens". Życzenie Eda spełniło się, nagrali świetny album, który spodobał się wielu ludziom, a co się stało z Larrikin Love to już każdy wie.
niedziela, 21 grudnia 2008
Little Barrie "Stand Your Ground"
Macie przed sobą szansę na poznanie smaku drugiego albumu Little Barrie, a że jest to album bardzo smaczny, gorąco polecam go skonsumować.
Panowie skręcają w stronę bluesa i jak dla mnie brzmi to świetnie i na swój sposób świeżo. Ich melodie mają siłę, energię. Piosenki są bez wątpienia dopracowane i wyszlifowane, jednak nie ma mowy o sztuczności. Czuć spontaniczność i zaangażowanie. I te gorzkie słowa: "So dance, and now begin to be seduced/As the industry's amused/And when you're bored only scratching the seams/Cause you can't make it happen till you...../Pay to Join, it's gotta happen sooner or later". Oj, widać, że panowie raczej nie są naiwni. Za to świetnie słychać, że są utalentowani.
Gitary, perkusja mają w sobie coś ciętego, ostrego, zadziornego. Muzyka pulsuje niespokojnie, a słuchacz nie może przy niej spokojnie usiedzieć, czyli wszystko jest na swoim miejscu.
Do tego głos, którym dysponuje Barrie Codogan (jak łatwo się domyślić założyciel grupy) świetnie współgra z muzyką, chociaż na początku byłam trochę zaskoczona, jego delikatnością (ale nie słabością, proszę nie mylić). Wydaje się jakby śpiewał z lekkością, nie wkładając w to wiele wysiłku, a tylko emocje. Jest coś pociągającego w tym głosie...
"What you doing with those/funny little records?" Pytanie do Was powinno brzmieć: co zrobicie z tą płytą? Szkoda, że panowie nie są u nas znani, ale możecie to zmienić, kupując ich album (znajdziecie w rodzimych sklepach, co mnie bardzo cieszy) i zapoznając z nim znajomych.
Poznaj i pokochaj
Subskrybuj:
Posty (Atom)
